Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 listopada 2009

Gramy! cz. 1. - Splinter Cell: Chaos Theory i Hitman: Krwawa Forsa


O grach pisałem tu rzadko i siliłem się na rozbudowane dość recenzje. Sensu chyba wielkiego to nie miało, bo dobrych recek w necie jest dużo, a kto czytał jedną, nie ma zwykle ochoty na kolejne. Będzie więc krócej i mam nadzieję, że ciekawiej :)

W ostatnich miesiącach udało mi się przejść w całości kilka tytułów, trochę nowości, trochę umiarkowanych staroci (wyprzedaż wakacyjna Kolekcji Klasyki zrobiła swoje)- w zasadzie same dobre i bardzo dobre. W doborze gier bardzo pomaga fakt, że choć nie brakuje w tej branży tytułów totalnie przereklamowanych, to jednak niemal zawsze wysoko oceniany tytuł jest co najmniej niezły. O filmach tego samego powiedzieć nie można :)

Cóż to sobie odświeżyłem dzięki 12-złotowej promocji Kolekcji Klasyki?

Splinter Cell - Chaos Theory

Ta gra to wśród miłośników skradanek już swego rodzaju legenda. Przygody poruszającego się głównie w cieniu agenta Sama Fishera podane w techno-modernistycznym klimacie stworzonym przez Toma Clancy'ego doczekały się jak na razie czterech gier (piąta w drodze). Chaos Theory uchodzi za najlepszą z dotychczasowych części, bez wątpienia zasłużenie. Choć gra już kilka latek ma, to w dalszym ciągu wygląda nieźle. Animacje są dopieszczone, a sama grafika spokojnie wytrzymuje konfrontację z dzisiejszymi produkcjami. To w połączeniu ze świetnym udźwiękowieniem sprawia, że technikalia zdecydowanie w odbiorze nie przeszkadzają.


Siła Splinter Cella tkwi w kilku rzeczach. Widok z trzeciej perspektywy i bardzo fajnie przemyślane sterowanie (czemu nikt nie kopiuje pomysłu regulowania szybkości poruszania kółkiem myszy?) składają się na całkowicie intuicyjną obsługę postaci Sama. Misje rozgrywane na ciekawych, pełnych alternatywnych dróg i inteligentnych przeciwników mapach oraz gadżety na wyposażeniu Fishera pozwalają na zróżnicowaną zabawę i dają olbrzymie pole do popisu kombinatorom (takim jak ja :)), którzy chcą za wszelką cenę uniknąć użycia broni palnej. Tutaj przekradanie się między przeciwnikami, zwabianie ich w pułapki i ściąganie z balkonów daje bardzo dużo satysfakcji i nie jest łatwe. Na to nakłada się znakomity klimat technothrillera i terroryzmu nowej generacji. Najlepszą rekomendacją będzie jednak fakt, że gra powstała w 2005 roku, a do dnia dzisiejszego nie powstało nic, co mogłoby zagrozić jej pozycji w gatunku skradanek. Naprawdę grzechem jest nie wydać na nią tych 10zł.

Moja ocena:
9/10

Po skończeniu Chaos Theory miałem ochotę na więcej, więc na widok wyprzedaży kolejnej części Splinter Cella - Doubled Agent zatarłem ochoczo rączki. Gra nie ma najlepszych recenzji, ale co Sam Fisher, to Sam Fisher. Warto zagrać choćby dla użyczającego mu głosu Micheala Ironside'a :) Problem w tym, że w Doubled Agent tego głosu nie usłyszałem :/ Gra nie ma dźwięku i już. Google jako solucję podało instalację w domyślnym katalogu. A 12 giga wolnego miejsca na C: to chyba tylko właściciele kompów z marketów trzymają, tak więc gra poszła na półkę, a ja w zastępstwie zapolowałem na Allegro na wcześniejszą część Splinter Cella - Pandora Tomorrow. W międzyczasie jednak pojawiły się inne tytuły i Pandora (którą kiedyś już skończyłem) czeka sobie grzecznie na swoją kolej.

Hitman - Krwawa Forsa

Hitman to wyjątkowa seria o zabójcy pracującym na zlecenie łącząca w sobie elementy skradankowe (w mniejszości) z przebierankowymi (te dominują). Krwawa Forsa to najnowsza i ostatnia jak na razie część Hitmana, powstała w 2006 roku. Mechanika gry jest z grubsza podobna do tej ze Splinter Cella (widok TPP, interfejs), z tym że tutaj nie cień jest naszym sprzymierzeńcem, a przebranie. Zabawą nie jest samo zlikwidowanie celu, a zbliżenie się do niego i pozbycie się bez świadków lub upozorowanie wypadku. W jednej z moich ulubionych misji mamy wyeliminować gościa objętego programem ochrony świadków, mieszkającego na typowym amerykańskim przedmieściu, w domu silnie obstawianym przez FBI. Wejście frontowymi drzwiami nie wchodzi w grę, chyba że pozbędziemy się i przebierzemy za klauna, który nieopodal szykuje się do planowanej przez nasz cel imprezy. A może lepszym sposobem będzie ciche wdarcie się bocznym wejściem w stroju śmieciarza? Gdyby jednak postarać się nieco bardziej i zamiast nich zająć miejsce kelnera zajmującego się imprezowym cateringiem, to zyskalibyśmy dostęp do większej części domu bez wzbudzania podejrzeń. Hej, ale przecież chata jest obstawiana przez vana z agentami monitorującymi okolicę. Może by tak posłać im zatrute donaty i przebrać się za jednego z nich? A nie lepiej pieprzyć to wszystko, wziąć na misję snajperkę i skorzystać z domku na drzewie w ogrodzi sąsiadki naszej przyszłej ofiary?

Tak - wolność i multum możliwości to największa zaleta Hitmana. Tutaj każdą misję można przechodzić kilkanaście razy, ciągle robiąc coś nowego, innego. Gra nagradza nas za jak najcichszą eliminację celu - bez świadków, hałasu, postronnych ofiar i nagrań na kamerach. Gdyby jednak ktoś zechciał po prostu wziąć shotguna i wystrzelać wszystkich - wolna droga. Tutaj można wszystko. Na nic jednak nie zdałaby się ta wolność, gdyby same misje nie były ciekawe. A na tym polu Hitman: Krwawa forsa osiąga mistrzostwo. Tak świetnie zaprojektowanych i zróżnicowanych etapów próżno szukać w innych grach (moi faworyci - skalna rezydencja, parowiec i klub nocny).

Jeśli nie udało mi się jeszcze zachęcić do zakupu (całe 10zł w starej Kolekcji Klasyki i na Allegro), to jeszcze kilka peanów na cześć Hitmana :) Po pierwsze - fabuła. Krwawa Forsa to nie zbiór niepowiązanych ze sobą misji, tu wszystko jest znakomicie poprowadzone fabularnie aż nas do rewelacyjnego finału, z twistem godnym najlepszych seriali. Do tego cała gra zilustrowana jest jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych jakie słyszałem, w wykonaniu Budapesztańskiej Orkiestry Symfonicznej i legendy w branży - Jespera Kyda (który zresztą tworzył też muzyką do zwiastunów Splinter Cell: Chaos Theory). Grę warto włączać choćby po to, by posłuchać rewelacyjnej wersji Ave Maria rozbrzmiewającej w menu. Graficznie Hitman też ciągle daje radę.

Gra idealna? A owszem, choć zawsze znajdą się rzeczy do poprawki (zbyt często wykorzystywany motyw z żyrandolem, drobne błędy w AI, konieczność przejścia całej misji na przy jednym posiedzeniu, bo save'y w ich trakcie nie działają po restarcie gry), to Krwawa Forsa ma stałe miejsce w moim rankingu najlepszych gier ever i przynajmniej do czasu pojawienia się kolejnego Hitmana nic w tym gatunku jej nie pobije.

Moja ocena:
10/10

poniedziałek, 23 marca 2009

GTA IV




GTA IV to już gra-legenda. Entuzjastyczne recenzje, niesamowite wyniki sprzedaży i to cholerne oczekiwanie, kiedy wreszcie Rockstar uraczy nas konwersją na PC. Swój egzemplarz kupiłem już w dniu pecetowej premiery, nie zważając na dość wysoką cenę i pierwsze sygnały o problemach z optymalizacją. Od tamtej pory minęły 4 miesiące. O GTA napisano już wszystko, ale jeszcze jedna recka nie zaszkodzi, tym bardziej, że tych za wiele na blogu nie ma ;) Ale po kolei....

2 płyty DVD, które mój zrypany napęd instalował chyba 40 minut. Do tego chiński instalator. WTF? Nic to, zaraz będę grał. Ale gdzie tam... trzeba zarejestrować się na WindowsLive i na Rockstar Game Social Club. Ok, to tylko kolejne pół godzinki. Włączam i dupa. Konieczne jeszcze zainstalowanie Service Packa 3 do XP-eka i najnowszego dotNeta. Bez nich ani rusz. No kurde, lekkie przegięcie, oby było warto.

Po machinacjach z instalacją przyszedł czas na pierwsze uruchomienie. Fajne intro, fajna grafa, mam jechać autem, no ale co tak szarpie? Riva Tuner pokazuje jakieś 10-17 klatek w domyślnych ustawieniach i 1680x1050. Bez jaj. Crysis z ustawieniami niemal na maxa chodzi 2x lepiej, sprzęt jest ok - C2D 3GHz, 4GB RAMu, podkręcony Gf8800GT. No to teraz kombinowanie z ustawieniami grafy, przynajmniej nie trzeba gry restartować po każdej większej zmianie. Na nisko-średnich w 1440x900 jest ok, 25-35 klatek, da radę grać. Dynamiczne cienie najlepiej wyłączyć - mocno obciążają, a pozostaną i tak aktywne cienie od Słońca (niesamowicie paskudne swoją drogą). Grafika jest bardzo ładna, ale okropny liasing (ząbkowanie krawędzi) oraz wspomniane cienie mocno psują efekt. Nie ważne, to w końcu GTA. San Andreas w momencie wydania wręcz straszyło grafą, a czwórka cieszy przecież oko, to już znaczny postęp. Jedziemy z akcją.

To, co pierwsze rzuca się w oczy, to poważne podejście do tematu. Koniec ziomalskich klimatów San Andreas, czy miami-vice'owych Vice City. Koniec z totalnie przegiętymi i odjazdowymi misjami. Tu jesteśmy Niko Beliciem - weteranem wojny w byłej Jugosławii, człowiekiem zdradzonym, odartym ze złudzeń, który odzywa się rzadko i zawsze dosadnie. Niko przybywa do Stanów częściowo zwiedziony wizją szybkiej realizacji american dream przez swojego kuzyna Romana, który ponoć nieźle się już w Ameryce ustawił. Jego główny cel to jednak zemsta - dopadnięcie zdrajcy, odpowiedzialnego za śmierć przyjaciół z oddziału Niko podczas wojny, który ponoć ukrywa się gdzieś na terenie Liberty City.

Bardzo dorosły klimat wyszedł grze na dobre. Niko jest świetnie napisaną postacią, a wszelkie filmiki przerywnikowe to klasa sama dla siebie w świecie gier. Niektórych tekstów i akcji nie powstydziłby się sam Tarantino. Szkoda tylko, że filmowe zachowania Niko i jego dylematy nieraz nijak się mają do samych misji, gdzie bez skrupułów zabija, rabuje i tylko nie gwałci ;) Bardzo fajne są także przewijające się przez grę postaci poboczne, niestety - do czasu. O ile cała rosyjska imigracja, z którą musi zadawać się Niko po przybyciu do Liberty City, zrobiona jest wręcz mistrzowsko, tak wraz z postępem w grze kolejni zleceniodawcy są coraz bardziej pozbawieni wyrazu. Szczytem bezbarwności cieszą się zwłaszcza przedstawiciele włoskiej mafii, których zapomina się szybciej niż się ich zabija ;)

To, na co można trochę ponarzekać, to lekko doskwierająca monotonia misji. Dojedź na miejsce i wykończ oddział przeciwników, czasem zmotoryzowany, czasem nie - do tego sprowadza się większość naszych zadań. Nastawienie się na realizm związało nieco ręce Rockstarowi, który nie mógł dać upustu swojej szalonej wyobraźni. Na szczęście nie brakuje też misji ciekawszych - napad na bank, czy odbicie więźnia z konwoju w podziemnym tunelu na długo zostają w pamięci - ale niestety to tylko rodzynki na dość jednolitej masie. Nie oznacza to jednak, że jest nudno. Przyjemność płynąca z gry jest tak olbrzymia, że niewielkiego zróżnicowania niemal nie czuć. Do tego raz na jakiś czas jesteśmy raczeni koniecznością dokonania wyboru naszego postępowania, co może budzić prawdziwe moralne dylematy. Świetny, choć nie do końca wykorzystany dodatek.

Większy problem miałem z prostotą tychże misji. Naprawdę trzeba się starać, by coś zawalić. Dzięki dobrze działającemu systemowi chowania się za osłonami, Niko bez żadnego problemu wystrzeliwuje całe hordy dość biernych przeciwników, z których niemal każdy pada od headshota. Wszelkie pościgi i uliczne rajdy są banalnie proste (nie licząc tych na motorach i w helikopterze), co jest tym dziwniejsze, że mocno utrudniono model jazdy, który nie jest już tak arcadowy jak we wcześniejszych grach serii (o tym za chwilę). Efekt jest obosieczny. Z jednej strony bye bye frustracjo związana z kilkunastokrotnym przechodzeniem tej samej misji, dojazdem na miejsce, oglądaniem tych samych filmików itd. Z drugiej strony gra nie jest niemal żadnym wyzwaniem dla wprawnego gracza. Ogólnie brak mi tu złotego środka.

Tyle o postaciach i misjach, teraz trochę o mechanice, gdyż na tym polu GTA IV poczyniło znaczny postęp względem starszych braci. Niko nie jest już takim sztywniakiem jak Tommy Vercetti czy Carl Johnsson. Może nie tylko biegać, schylać się i pływać, ale także wspinać się na rozmaite dachy i ogrodzenia niczym Sam Fisher oraz kryć się za przeszkodami i ostrzeliwać wrogów na ślepo jak Marcus Fenix. Zestaw jego ruchów jest naprawdę imponujący i do końca gry nie przestaje zaskakiwać. Otwarta struktura większości misji daje znakomite pole do popisu. Można metodycznie wykańczać wrogów wykorzystując osłonę ze ścian czy samochodów, można też wspiąć się na jakiś budynek i użyć snajperki.

Trudno być jednak w pełni zadowolonym z nowego modelu jazdy. W dalszym ciągu jest on typowo zręcznościowy, choć już nie tak banalny jak wcześniej. Brak stopniowania pedała gazu i hamulca na klawiaturze potrafi doskwierać podczas jazdy przez zakorkowane ulice (to już nie wina samej gry). Prawdziwym problemem jest jednak nienaturalnie duży promień skrętu każdego auta. Właściwie nie sposób zmieścić się w zakręcie bez użycia ręcznego hamulca. Do tego kamera wyraźnie nie nadąża za tyłem auta podczas skręcania, przez co nie widzimy gdzie jedziemy. Wymusza to przyzwyczajenia się do ciągłego korygowania widoku myszką podczas jazdy. We wcześniejszych częściach nie było to konieczne i spokojnie można było jeździć za pomocą obsługiwanych prawą ręką kursorów. Samochody są też strasznie sprężyście zawieszone i na zakrętach wychylają się niczym Citroen XM z podniesionym nadwoziem. Do wszystkiego da się jednak przywyknąć i szybko przestaje przeszkadzać.

Znacznie gorzej jednak wygląda sprawa z motorami. W Vice City i San Andreas był to mój podstawowy środek transportu - szybki i mieszczący się w każde miejsce. W GTA IV jazda motorem to prawdziwa udręka. Zapomnijcie o zgrabnym sunięciu między autami. Tu każdy niemal ostry zakręt równa się upadek, choć promień skrętu przekracza chyba 20 metrów. W efekcie na motory wsiada się tylko wtedy, gdy zmusza nas do tego charakter misji. Podobnie jest z helikopterami, co zresztą stało się już chyba tradycją GTA. Latać na klawiaturze się nimi da, ale przyjemność z tego niewielka (pomijając widoki). Po Liberty City nie polatamy za to samolotami, z czego ja akurat się ucieszyłem, bo misje z ich udziałem były źródłem największej frustracji w San Andreas (kto doszedł do misji przechwycenia samolotu na północ od Las Venturas, ten wie o co mi chodzi ;)).



Już w poprzedniej części Grand Theft Auto twórcy wcisnęli masę minigierek i dodatkowych atrakcji. Nie inaczej jest w Czwórce - mamy kręgle, bilard, darta, występy kabaretowe, striptease etc. By rozrywki te nie pozostały niezauważone wprowadzono do gry kolejną nowość - przyjaciół. Po wykonaniu odpowiedniej ilości misji dla części co sympatyczniejszych zleceniodawców, stają się oni naszymi znajomymi. Ich celem jest doprowadzenie gracza do furii ciągłymi telefonami z żądaniem wyskoczenia na drinka, żarcie czy bilard. Przez pierwsze trzy razy to nawet bawi, potem jedynie irytuje. Odmowa skutkuje pogorszeniem się wskaźnika relacji. Konsekwencji nie ma z tego żadnych, za to dbanie o rozrywkę naszych przyjaciół zaowocuje w końcu bonusem wyjątkowym dla danego znajomego. Może to być dostarczenie auta-sklepu z bronią w dowolne miejsce, helikopter na zawołanie lub grupa homies, która pomoże nam w misji. Jak dla mnie bonusy nie warte wysiłku i straty czasu, nigdy żadnego nie próbowałem nawet osiągnąć, a wiecznie dzwoniący znajomi sprawiali, że żałowałem, iż gra nie pozwala na wyrzucenie komórki. Na szczęście jest możliwość jej uśpienia.

Wszystkie wymienione wady i niedociągnięcia bledną jednak momentalnie w konfrontacji z największym atutem GTA IV - miastem. Po prostu nie sposób nie zachwycić się Liberty City. Iluzja prawdziwej, tętniącej życiem metropolii jest niesamowita. Tutaj żaden przechodzień nie sprawia wrażenia animowanej kukiełki idącej bez celu. Ludzie rozmawiają ze sobą (setki unikalnych dialogów), dzwonią do znajomych, wypłacają pieniądze z bankomatu, tankują auta, czekają na pociąg, wyrzucają przez szybę samochodu puszkę po skończonym napoju - po wielu godzinach gry ciągle zauważałem coś nowego. Już samo wrażenie, jakie zrobiła na mnie pierwsza podróż taksówką przez miasto na pozycji pasażera, zapewniłoby GTA miejsce na liście "Niezapomniane chwile w grach". Kompletność obrazu dopełniają zróżnicowane programy w TV, masa stron w internecie, możliwość zadzwonienia po służby porządkowe i medyczne, audycje radiowe nadające wiadomości uwzględniające nasze ostatnie poczynania - no po prostu co kilkanaście minut rósł mój podziw dla twórców tego wirtualnego świata. Godzinami można go zwiedzać i ciągle odnajdywać coś nowego i interesującego.

Właśnie ten klimat wielkiej, doskonale zaprojektowanej metropolii, masy znanych z prawdziwego Nowego Yorku miejsc i budynków w połączeniu z typową dla GTA, choć nieco bardziej dorosłą niż zwykle grywalnością, tworzą grę niemal doskonałą, zdecydowanie wybijającą się z ogólnej szarzyzny produktów made in 2008. Można się co prawda bez końca czepiać szczegółów, choćby (obok wspomnianych wad) braku możliwości wydawania kasy, której setki tysięcy mamy na koncie. Tylko po co? Każda część GTA miała swoje słabości i każdej z nich to się wybaczało. Tutaj mamy przynajmniej autosave'a po każdej misji, a wraz z patchem 1.02. przyszły nawet Checkpointy w trakcie misji (baaaardzo rzadkie), co znacznie wyeliminowało największą bolączkę poprzedników - konieczność przebijania się przez całe miasto, by powtórzyć misję. Mało tego - taksówki wreszcie pełnią swoje funkcje i dzięki nim możemy błyskawicznie dostać się w dowolne miejsce mapy! Na dokładkę zafundowaną nam rewelacyjną fizykę. Wystarczy pchnąć kogoś ze schodów, czy pojeździć wielką ciężarówką, by docenić pracę programistów.

Skoro jednak gra jest taka super, to czemu 4 miesiące zajęło mi jej przejście? I tu poruszę największą bolączkę nowego Grand Theft Auto - brak technicznej przewidywalności. Miałem ukończone ponad 2/3 głównego wątku fabularnego, gdy po kolejnej próbie uruchomienia gry aplikacja Rockstar Game Social Club (która musi być uruchomiona, by gtaIV.exe w ogóle raczyło włączyć grę) wywalił errora. Treść błędu sugerowała brak najnowszego dotNeta, który zainstalowany oczywiście był. Mimo kilkudniowych siłowań się z tym cholernym softem, wielokrotnego przeinstalowywania zarówno RGSC, jak i wszelkich aplikacji windowsowskich wymaganych przez GTA, nie udało mi się zmusić gry do działania. Poszła w kąt, czekając na planowaną reinstalkę systemu. Kiedy w końcu do niej doszło, samego GTA musiałem także przeinstalowywać (nie włączał się mimo przywrócenie starych wpisów w rejestrze i katalogów w Documents and Settings). Przyjemność ponownego obcowania z chińskim językiem została osłodzona późniejszym bezproblemowym działaniem gry. Do czasu... Po pierwsze - okazało się, że save'y z poprzedniej instalki nie działają :/ Gra je widziała, ale próba wczytania owocowała komunikatem błędu. Wszystko trzeba było zaczynać od początku. Po drugie ledwie kilkanaście uruchomień wystarczyło, by kolejne owocowały jedynie czarnym obrazem. Na szczęście zminimalizowanie (które trwa ze 3 min) i przywrócenie ekranu gry w jakiś sposób popycha menusy do pojawienia się. Cud, że w tych warunkach udało się zakończyć przynajmniej wątek główny.

No i jak ja mam tę grę ocenić? Z jednej strony niemalże arcydzieło, z drugiej walnięta optymalizacja (patch 1.02. dużo poprawia w tej kwestii), wkurzające szczegóły i przede wszystkim problemy techniczne, które mogą skutecznie zniechęcić do gry część graczy, a tym mniej ogarniętym z tematem kompów wręcz ją uniemożliwić. Męczyć się mimo wszystko warto, przeżycia niezapomniane gwarantowane, a jest szansa, że nikt na moje problemy się nie natknie i skończy grę bez żadnych nadprogramowych przygód. Ja się bawiłem wyśmienicie, stąd:

Moja ocena:
9/10

wtorek, 13 stycznia 2009

Niezapomniane chwile w grach

W sumie dość przypadkowo trafiłem na całkiem stary już tekst na GameCornerze - Dlaczego kocham gry - 7 niezapomnianych chwil. No i tak mnie wzięło na wspominajki. W sumie czemu by nie zrobić własnej listy niezapomnianych chwil?:)

Trochę już lat na karku mam, przez co nazbierało się wiele wspomnień. Listę ograniczałem jak mogłem - wyszło naprawdę sporo pozycji, ale o poniższych po prostu wspomnieć musiałem. Kolejność w sumie dowolna, choć w zamyśle chronologiczna (nie tyle czasem powstania gry, co mojego z nią kontaktu). Pomijam pozycje na 8-bitowce, bo tu moja pamięć już zawodzi :)

1. Another World

Wrażenia, jakie robiło intro tej gry w 1991 nie zapomnę nigdy. 10-letni Leszczu siedział na wagarach u kumpla, któremu mamusia sprawiła piękną Amisię CD/TV i rozdziawiał z wrażenia usta za każdym razem, gdy widział ten piękny wektorowy świat. Początek gry - pijawki i czarna bestia - pamiętam, jakbym grał w to wczoraj. Nieśmiertelna klasyka.



2. Street Fighter 2

Gra, która rozpalała emocje dzieciaków, jak mało która w historii. Wydawała się niesamowita. To pierwsza uruchomiona przeze mnie pozycja na upragnionej Amidze 600. Ależ to była frajda walczyć Ryu i kręcić te wszystkie hadoukeny :D Żadna bijatyka później nie wzbudzała we mnie tyle emocji, nawet Mortal Kombat.




3. Sensible Soccer

Rewelacyjna piłka nożna z najlepszym chyba arkadowym stylem grania w historii. Na jej późniejszej wersji Sensible World of Soccer 95/96 spędziłem kilka ładnych lat gry, dochodząc do takiej wprawy, że angielskim 5-ligowcem po kilku sezonach wygrywałem Ligę Mistrzów i mistrzostwo Anglii, po drodze osłabiając jeszcze skład (względem początkowego), by było trudniej:)



4. Cannon Fodder

Jedna z najbardziej miodnych i najzabawniejszych strzelanek w historii. Widok wylatujących w górę ludzików bezcenny, podobnie jak nerwy przy przechodzeniu drugiej części tej gry.








5. Pinball Dreams

Świetny pinball, który zapadł mi jednak w pamięć głównie poprzez chwile spędzone przy tej grze (stół "westernowy") z moim ojcem. Nie pamiętam byśmy się wcześniej czy później bawili równie dobrze ;)








6. Wing Comander

Moja pierwsza oryginalna gra. Klasyczny symulator kosmicznego myśliwca. Ta muzyka, ten rozmach... Przeszedłem z zapartym tchem prawie łamiąc przy tym kilkukrotnie joystick, ciągnięty z całej siły, żeby statek kosmiczny skręcił szybciej :D Muzykę z sali z łóżkami dla załogi, gdzie zapisywało się stan gry, słyszę do dzisiaj:)


7. Turrican 3

Muzykę (zwłaszcza z podwodnego etapu) z tej banalnej w sumie strzelanki pamiętam do dziś. Wówczas absolutna rewelacja.







8. Flashback

Ech to była gra, spadkobierca Another World. Prezent pod choinkę od babci, prosto z giełdy (gra, nie babcia):D Przepiękna animacja i grafika. Napięcie w etapach na obcej planecie przebił potem chyba dopiero Alien vs Predator.






9. Dune 2

Prekursor RTS-ów, gra z niesamowitym klimatem oparta na chyba najlepszej powieści s-f ever. Tę muzykę, widok Devastatorów pożeranych przez sandworma i dźwięk płyt stawianych jako fundamenty pod budowle pamiętam do dziś. Od tamtych czasów nie ruszyłem na dłużej żadnego RTS-a.



10. Settlers

Pierwsza gra, w której wszystko żyło. Godzinami mogłem patrzeć na rosnące łany zboża, koszącego je rolnika, proces pieczenia z nich chleba itd. Gra do podziwiania. Uspokajało to niczym patrzenie na rybki w akwarium.





11. Lure of the Temptress

Chyba pierwsza porządna przygodówka, którą przeszedłem w całości. Reklamowana jako objawienie ze względu na prawdziwe AI bohaterów postronnych (sic!), które w praktyce ograniczało się do tego, że potrafili poruszać się między lokacjami. Gra totalnie liniowa, wymagająca wykonania wszystkich niemal czynności w określonej kolejności. Mocno przez to utknąłem i musiałem posiłkować się solucją. Mimo wszystko z jej przejścia byłem bardzo dumny :)


12. SuperFrog

Kultowa platformówka z zapierdalającą niczym odrzutowiec żabą. Produkcja Team 17 u szczytu formy. Rozkład niektórych etapów znam na pamięć.






13. Syndicate

Absolutny klasyk - rewelacyjny misz-masz wielu gatunków osadzony w świecie wyciągniętym niemal prosto z Blade Runnera. Nie wiem czemu, ale nie przypominam sobie bym próbował dłużej w nią grać bez cheatu na kasę... Pamiętam jakiś wywiad z Peterem Molyneux, który twierdził, że specjalnie usztuczniano dźwięk palących się ludzi, bo ten pierwotnie nagrany na potrzeby gry był zbyt realistyczny. Tak, wtedy ta gra porażała realizmem - przechodnie, samochody, żywe niemal miasta. Każdą z 50 bodaj misji przechodziłem po kilkanaście razy. Najbardziej zapadła mi w pamięć ta z Colorado, gdzie mieliśmy do dyspozycji ze 150 gapiów oglądających konwój aut z ważnymi osobistościami. Fajna jatka była :)


14. Alien Breed: Tower Assault

Gra na którą wydałem chyba wszystkie pieniądze zabrane na jedną ze szkolnych wycieczek. Kosztowała naprawdę sporo, więc moja rozpacz, gdy okazało się, że jedna z dyskietek jest uszkodzona, była olbrzymia. Nigdy nie odważyłem się jej wysłać do dystrybutora, a pudełko po niej leży gdzieś jeszcze w domu rodziców. Potem do tej kultowej strzelanki powróciłem już na pececie, ale było już na nią zdecydowanie za późno - Doom i Duke Nukem czekali ;)





15. The Manager

Marny i niesamowicie wolny w działaniu manager piłkarski, który pochłonął mnie na całe tygodnie. Wizualizacja meczów polegała na powtarzaniu kilku sytuacji, z których każda miała dwa warianty - strzeli/nie strzeli. Ileż ja na tym paznokci zjadłem próbując wykombinować co zrobić, by statsy zawodnikom nie spadały. Ale dzięki takiej zaprawie późniejsze Champinship Managery i Football Managery były dla mnie bułką z masłem.



16. Lotus III

Jedna z bardziej popularnych ścigałek na amigę (zawsze wolałem Jaguara XJ220 - to taka gra też) o bardzo dziwnym modelu jazdy. Takiej frustracji jaką wywoływały u mnie kolejne, totalnie beznadziejne próby ukończenia wyścigu w górach często w grach nie czułem - już za to tylko należy jej się uznanie. Wszystkie inne trasy przechodziłem z zamkniętymi oczami, tej jednej cholery nie mogłem.


17. Eye of the Beholder
Mój pierwszy prawdziwy RPG. Nigdy go nie ukończyłem, ale wrażenie jakie zrobiły na 12-latku te puste labirynty lochów pozostały do dzisiaj. Podobnie jak uwielbienie do role-play'i, choć niekoniecznie tych dungeonowatowych.





18. Hired Guns

Niesamowita gra, o bardzo ciężkim klimacie. Grając po zmroku naprawdę można było się ostro zestresować. Także nigdy nie ukończona, bo pirackie wersje posiadały nieprzyjemne zabezpieczenie, które wyskakiwało w pewnym momencie rozgrywki - trzeba było wpisać masę jakiejś gwiazdy, info na ten temat oczywiście w instrukcji, a instrukcji niet. Mimo tego, że wiedziałem, że jej nie ukończę, to grałem w to cholerstwo namiętnie.


19. Fallout 2

I zaczynamy okres pecetowy, jedną z najlepszych (jak nie najlepszą) gier w historii. Sugestywny postnuklearny świat, w którym każdy walczy o przetrwanie, niesamowicie dorosła wymowa, inteligentne dialogi i daleko posunięta nieliniowość - czego chcieć więcej? Do tego świetny model rozwoju postaci i ta otoczka retrofuturyzmu...

Drugą część przeszedłem nie widząc na oczy rok młodszego protoplasty. Przeżycie daleko bardziej intensywne niż najlepszy nawet film. Brak doświadczenia sprawił, iż stworzyłem postać o bardzo niskiej zręczności, a oparta na niej walka byłą dla mnie prawdziwą udręką. Do dziś pamiętam finałową potyczkę, z którą męczyłem się okropnie. Za te męczarnie odwdzięczyłem się Frankowi Horriganowi wielokrotnie, w tym raz zabijając go nawet w 1. turze (co jest nie lada wyczynem). Tak - Fallouta 2 ukończyłem kilka razy i ostatnio ponownie wrócił na ekrany mojego kompa, tym razem poszerzony o masę nowości dzięki modowi Restoration Project.

Zdecydowanie gra mojego życia :P Kocham wszystko co z Falloutem związane (soundtracku słucham do dziś), oprócz Fallouta 3 i Fallouta Tactics, które są wynaturzeniem serii.


20. Fallout

Pierwszą część Fallouta łyknąłem w ciągu jednego dnia, po tym jak ukończyłem F2. Głosu Mastera zapomnieć się nie da ("Join. Die"). Czy dziś może jakaś gra zapewnić takie przeżycia? Na rozpisce znalazł się ponownie jakieś 2 lata temu - Fallouty się nie starzeją i za każdym razem bawią równie dobrze.







21. Baldur's Gate 2

Pamiętam jak kiedyś włączyłem to, żeby sprawdzić jak wygląda - potem przez 2 tygodnie nie wychodziłem z domu :) Wszystko w tej grze lubię. Prawdziwy RPG, którego do dziś w klimatach fantasy nic nie pobiło. Ostatni, w którym walki miały prawdziwy taktyczny wymiar. Pokonanie smoka Firkraaga na wczesnym levelu, czy finałowa walka w Tronie Bhaala to jedna z najlepiej pamiętanych przeze mnie potyczek. Prawdziwa poezja, aż mnie znowu chcica na zainstalowanie Baldurka wzięła:)


22. Jagged Alliance 2

Nigdy przeze mnie nieukończony taktyczny shooter, choć spędziłem przy nim wiele wieczorów. Do dziś chyba nie powstało w tym gatunku nic lepszego (może ruski spadkobierca JA o zerżniętym z Hired Guns tytule wart jest uwagi? Grał ktoś?). Jedna z niewielu gier, w której można było poruszać się Polakiem o wiele mówiącej ksywce Steroid ;) Ależ on fragów mi natrzepał.


23. Quake 2

Quake 2 to dla mnie całe dziesiątki godzin spędzonych w kafejce internetowej (pozdro dla Szopy, Heńka i ówczesnej kafejkowej ekipy ;)), wydany majątek i dojście do całkiem niezłej wprawy. Pierwszy multi w jaki grałem na poważnie i przez wiele lat ostatni - aż do czasu pojawienia się Call of Duty 4.



24. GTA: Vice City
GTA III mnie gdzieś ominęło (grałem trochę u znajomych). Vice City to już była wkrętka na całego. Koszmarnego celowania, luzu i rewelacyjnego, tandetnego klimatu rodem z Policjantów z Miami się nie zapomina. Najfajniejsza chwila: przejście wyścigu, za który nagrodą był bodaj niezły klub nocny (nazwa misji - The Driver). Misja przez wielu uważana za nie do przejścia. Satysfakcja była wielka :)







25. Mafia

Gra cudo. Czeskim twórcom udało się przenieść na monitory komputerów świat jakiego tam jeszcze nie było - czasy prohibicji, z całą ich otoczką: cudowne samochody, stroje, muzyka. Fabuły nie powstydziłby się niejeden naśladowca Puzo. Jedna z najlepszych gier jakie powstały. Mam nadzieję, że wychodząca w tym roku Mafia 2 spełni lata oczekiwań na przynajmniej coś równie dobrego.



26. Arcanum

Niedoceniany i nieco momentami niedorobiony Role-Play twórców Fallouta z jednymi z najlepszych questów i masą odważnych pomysłów (udźwiękowienie gry za pomocą muzyki poważnej). To naprawdę oryginalny przedstawiciel tego gatunku, osadzona w steampunkowym świecie.



27. Thief 3

Rewelacyjna skradanka, gdzie bycie niewidocznym to często naprawdę jedyna droga do sukcesu. Etap w szpitalu dla umysłowo chorych wspominam do dziś, mocne przeżycie. Zresztą cała gra jest świetna i żadne Splinter Celle nie mają z nią w skradankowej kategorii szans.



28. Alien versus Predator 2

Jedna z najstraszniejszych gier w jakie grałem (misje człowieka). Słuchawki na uszy, dźwięk detektora ruchu (kto oglądał Aliens wie o co chodzi), ciemne korytarze i niemal palpitacja serca za każdym razem, gdy coś się pojawiało w pobliżu. Brr, świetna gra. Aż szkoda , że się tak zestarzała.







29. Planescape: Torment

To właściwie nie gra, to przeżycie. Jedyna w swoim rodzaju, fabułą zmiatająca wszystko co w kategorii gier powstało. Tu się więcej czyta niż porusza czy walczy, a to co się czyta, warte jest każdej nagrody. Cudowny erpeg, będący właściwie esencją tego, co przez nazwę Role Play Game należy rozumieć. Aż szkoda, że walki, inwentarz i kilka innych rzeczy nie dorównało poziomem sferze scenariuszowej. Ale wówczas mówilibyśmy o grze ideale. Niemniej Bezimienny zawsze będzie moim ulubionym bohaterem.




30. Prince of Persia: Warrior Within

Jak dla mnie najlepsza część Księcia, gdzie skakanie i użynanie głów w akompaniamencie metalowej muzyki to czysta poezja. Ładunek miodności jest tu niesamowity. Nie rozumiem czemu z najnowszego Prince of Persia zrobiono jakiegoś metroseksualnego dupka, który nawet zginąć nie może:( Przepadnijcie casuale!







31. Call of Duty

Nigdy nie skumałem zachwytów nad Medal of Honor: Allied Assault. Dla mnie pierwszą grą, która faktycznie dała mi namiastkę tego jak może się poczuć żołnierz na wojnie był Call of Duty. Początek gry, idziemy samotnie, tradycyjnie łupiąc Niemców. Nagle nad naszymi głowami pojawiają się samoloty, z których skaczą dziesiątki naszych towarzyszy i zaczyna się szturm. Szturm, w którym jesteśmy tylko jednym pośród wielu, nie żadnym superhero, a prawdziwym żołnierzem. Ależ to robiło wówczas wrażenie. Dziś to tylko marnie wyglądająca, zaskryptowana w banalny sposób sieczka.



32. Far Cry

To trzeba było zobaczyć, ta plaża, te drzewa, ta woda i jeszcze te ogromne mapy! Jezu, najpiękniejsza gra jaka powstała, nie wiem, czy kiedykolwiek inna gra swoim wyglądem zrobi na mnie równie wielkie wrażenie (Crysis nie zrobił). Wyprzedzała swoje czasy o jakieś 3 lata i wyglądała olśniewająco nawet w niskich dość detalach. Do tego była super miodna - oprócz rewolucji w grafice, przyniosła jeszcze rewolucję w AI przeciwników wnosząc ją na poziom, któremu nawet przereklamowany Crysis nie dorównał. Dziesiątki doskonałych fanowskich etapów a nawet całych kampanii sprawiły, że Far Cry nie znikał z mojego twardziela przez dobre 4 lata. Jak dla mnie najlepszy FPS w historii.


33. Football Manager (wszystkie części)

Gra opium. Zasysa jak odkurzacz. Jak bym miał wybrać jedną grę ma bezludną wyspę, to byłby właśnie FM. Nic nie smakuje w świecie gier tak, jak robienie z kopciuszka potęgi światowej, nic nie daje większej satysfakcji niż wygranie z Wisłą na wyjeździe z MU. Gra dla maniaków.








34. S.T.A.L.K.E.R.

Cholernie niedorobiona rosyjska produkcje przenosząca nas w rejony Czarnobyla. Ale za ten klimat i liczbę zjeżonych na głowie włosów, gdy przedzierałem się nocą w burzy przez dzikie tereny lub z wyjątkową łatwością generujące poczucie lęku podziemia, Stalkerowi miejsce na tej liście się należy. Polecam.







35. Wiedźmin

Polska produkcja. Ale nie przemawia przeze mnie wcale patriotyzm, gdy piszę, że to zdecydowanie jedna z najlepszych gier w jakie grałem. Choć niepozbawiona wad, to wybory jakich musimy tam dokonać, wykreowanie świata gdzie wszystko różni się co najwyżej odcieniem szarości, a biel i czerń nie istnieją, to prawdziwy majstersztyk. Do tego ta fabuła, coś niesamowitego - nie mogłem dojść do siebie przez wiele minut po zakończeniu gry. Kto nie grał, niech nie grzeszy już więcej i leci do Empika;)




36. Half Life: Episode Two

Wcale wielkim miłośnikiem Half_life'a nie jestem. HL2 jest owszem niezły, ale w starciu ze swoim ówczesnym przeciwnikiem Far Cry'em nie ma szans. HL2: Episode One to już w ogóle odcinanie kuponów, bez pomysłu na poprowadzenie akcji. Z Episode Two miało być podobnie, a wyszedł chyba najbardziej wzruszający FPS w historii. Końcówki i sceny z ojcem Alyx nie zapomnę jeszcze długo. Choć graficznie gra się mocno już posunęła, to w 2007 roku pokonała dla mnie wszystkich konkurentów w gatunku, nawet Bioshock i Crysis.

37. Call of Duty 4

Początkowo mnie odrzuciła. Po przejściu 5-6 etapów machnąłem ręką na tego zaskryptowanego gniota. Potem do niego wróciłem przeżywając jedne z najbardziej intensywnych chwil przed kompem. Zwroty akcji, bomba atomowa i niesamowita końcówka - wszystko to właściwie nie pozwalało uwierzyć, że to tylko gra, a nie wysokobudżetowe kino.

A potem przyszedł czas na multi. No i mnie zassało. Najpierw się dziwiłem, jak to możliwe, że ja, taki wyjadacz, tak słabo sobie radzę (zerowy stosunek fragów do własnych zejść był osiągnięciem). Z czasem było coraz lepiej, aż przyszedł czas, że nieraz jestem dwukrotnie lepszy od drugiego w kolejności gracza i zostałem zaproszony do klanu z własnym serwerem (pozdro dla ekipy |AO|). No i odkąd gram w CoDa na multi, to nie ma czasu na żadne inne gry. Nawet GTA IV przechodzę już miesiąc (polecam).

Podsumowanie:

Nieźle się całość rozrosła. Ale 20 lat grania to kawał życia i trochę się tego nazbierało. Jak ktoś ma ochotę pokomentować - zapraszam, pewnie każdy ma swój zestaw niezapomnianych chwil spędzonych z grami :)

niedziela, 5 października 2008

Mass Effect




Z góry uprzedzam, że uwielbiam RPG-i. Dwie pierwsze części Fallouta uważam za najlepsze gry jakie powstały, Baldur's Gate'y znam na pamięć, a Planescape Torment czy Arcanum to dla mnie klasyka nie do pobicia. Takie obeznanie w dużej mierze warunkuje moją ocenę współczesnych gier z tego gatunku. Z wydanych w ostatnim czasie jedynie Wiedźmin całkowicie spełnił (a nawet przekroczył) moje nadzieje na porywającą i nieliniową rozgrywkę. KOTOR, Oblivion, Gothic 3, Neverwinter Nights 2, Jade Empire - wszystkie zrażały mnie porządnie w takim czy innym aspekcie i choć część z nich ukończyłem, to odbyło się to w bólach i tylko po to, by nie uważać spędzonego wcześniej z grą czasu za całkowicie stracony.

Mass Effect porażał od momentu pojawienia się w sieci pierwszych filmików z tej produkcji. Wreszcie szykował się prawdziwy role-play bez orków, krasnoludów czy innych posttolkienowskich gatunków. Kosmiczny rozmach, w oprawie godnej XXI wieku i z niesamowitym, "dorosłym" klimatem. Niby coś podobnego oferowały wcześniej dwie części Knights of the Old Republic - tam jednak powtarzalność lokacji i kilka innych upierdliwych elementów skutecznie zniechęciły mnie do dalszej gry. Tych wad Mass Effect miał być pozbawiony i faktycznie - pierwsze recenzje wersji na konsole (na pecety ME wyszedł z rocznym opóźnieniem) były entuzjastyczne (choć trzeba przyznać, że i błędy pewne wytykały). Wiadomo jednak, że to co robi wrażenie na konsolach, na komputerach stacjonarnych często powoduje raczej uśmiech politowania (vide Halo na przykład), na konwersję czekałem więc z niepewnością.

Mass Effect w wersji na PC już jest i... oczekiwania spełnia. Wart jest rozbudowanej recenzji, więc postaram się rozbić go na czynniki pierwsze :)

1. Fabuła

Jest boska :) Przyszłość (choć nie bardzo odległa), ludzie agresywnie i konsekwentnie wbijają się na panteon międzygatunkowej społeczności. Mamy możliwość kompleksowego poznania wykreowanego przez twórców gry świata - jego historię, opis tworzących go gatunków, planet i technologii. Całość jest kompletna, wiarygodna i w bardzo udany sposób tworzy wrażenie realności i epickości. Nie będę zdradzał głównego wątku, gdyż nie dałoby się raczej uniknąć spoilerów. Znakomicie wpisuje się on jednak w rozmach przedstawionego świata i jest chyba najsilniejszym punktem gry. Historia porywa i nie pozwala się oderwać od gry do samego końca. Szkoda tylko, że ten koniec następuje tak szybko. Ledwo się faktycznie wkręcimy, ledwo poznamy o co w tym tak naprawdę chodzi i... już - final battle i the end.

Ta krótkość jest tym bardziej rażąca, że gra nie ma wiele więcej do zaoferowania. W wielu RPG-ach o sile gry decyduje zróżnicowanie i rozbudowanie questów pobocznych. Te oczywiście w Mass Effect występują, ale są tak żałosne i schematyczne, że po wykonaniu trzech wiadomo już, że nie ma sensu tracić czasu na kolejne. Leć na daną planetę, dojedź pojazdem Mako do kompleksu budynków, zabij tam wszelkie przeszkadzajki i zabierz/uruchom/zniszcz coś - schemat, schemat i jeszcze raz schemat. Wystarczy wykonać misję na Księżycu, by zobaczyć, że cała energia twórców poszła w fabułę, a questy poboczne zlano na całego.

2. NPC

W grze mamy sześcioro towarzyszy, choć aktualnie poruszamy się jedynie z wybraną dwójką. Towarzystwo jest wielorasowe i bardzo mocno wpływające na ogólny odbiór gry. Tak silnego zżycia się z poszczególnymi członkami ekipy nie czułem od czasów Baldur's Gate 2. Świetnie nakreślone charaktery, bardzo dobra interakcja, znakomite dialogi i przede wszystkim zmuszenie nas do prawdziwych wyborów (nie wszyscy dotrwają do końca) - tego dawno nie było. Olbrzymi plus, aż szkoda, że mechanika gry nie pozwala na podróżowanie z całą gromadką a'la BG właśnie :)

3. Interakcja

Systemowi prowadzenia dialogów warto poświęcić osobny punkt, gdyż rozmawia się tu sporo. Autorzy, chcąc uchronić współczesnego gracza od czytania ton tekstów (czemu dziś wszystko trzeba upraszczać?:(), zmodyfikowali tradycyjny sposób prowadzenia rozmów, zastępując wybór z pomiędzy pełnych odpowiedzi kontekstowym kółkiem. Innymi słowy - nie wybieramy co odpowiedzieć, a w jakim tonie. Nadaje to dialogom tempa i pewnej filmowości. Niestety problem w tym, że często wypowiadane kwestie mają się nijak do tego co wybraliśmy. Nie jesteśmy więc wielokrotnie w stanie przewidzieć (przynajmniej w wersji PL), co tak naprawdę odpowiemy.

Odpowiedzi zazwyczaj są podzielone na agresywne, neutralne i powiedzmy uprzejme. Podział ten jest wyraźnie zaznaczony na wspomnianym kontekstowym kółku. Od naszego wyboru zależy, czy dostaniemy punkty Renegata, czy Idealisty (a więc system podobny do wyboru między jasną a ciemną stroną mocy w KOTORze). Większego wpływu na grę to nie ma, jednak naprawdę czasem ciężko mi było zrozumieć, czemu za rzeczową reakcję, która nie wiązała sie z niczym "złym", dostawałem potem +6 punktów do Renegata.

Tak wygląda kontekstowe koło dialogowe :)

Systemowi dialogów daleko do ideału i z czasem ma się rosnące wrażenie, że tak naprawdę niewiele nasze wybory znaczą (poza paroma zero-jedynkowymi przypadkami). Wynagradza to nieco fakt, że same wypowiadane treści są zazwyczaj świetnie napisane i jeszcze lepiej przeczytane (piszę o dubbingu w wersji ENG). Czyta i słucha się ich z przyjemnością. Osobiście jednak wolałbym mniej fajerwerków i rozmowy rodem z Planescape Torment. Można sobie pomarzyć...

4. Walka

Jak w każdym niemal RPG, tak i w Mass Effect walka pełni bardzo ważną rolę. W ME została ona w dużej mierze odarta z elementów strategii charakterystycznych dla serii Baldur's Gate czy Icewind Dale. W zamian za to mamy dość zręcznościowy system oparty na widoku TPP i systemie krycia się za przeszkodami. Sprawdza się to nieźle, tym bardziej, że pozostawiono aktywną pauzę. Wersja PC ma tutaj dodatkową przewagę nad konsolową - w przeciwieństwie do konsoli, na PC można wydawać rozkazy każdemu kompanowi oddzielnie. Znacznie zwiększa to pole manewru.

Menu walki jest przejrzyste, choć perspektywa utrudnia wydawanie rozkazów

Ogólnie walka nie jest specjalnie skomplikowana czy trudna. Po nauczeniu się odpowiedniego korzystania z mocy biotycznych (taki przyszłościowy odpowiednik magii) większość przeciwników nie sprawia problemu. Jedynie duża ich grupa była w stanie mi zagrozić. Warto podkreślić jednak, że mimo wielu uproszczeń walczy się w ME z przyjemnością do samego końca gry, czego o wielu RPG-ach (vide Oblivion czy G3) powiedzieć nie można.

5. Mapy

Obok bezsensownych side-questów największa chyba bolączka gry. Bioware pokazało, że ma problem z dobrymi projektami lokacji już przy okazji KOTOR-a. W ME niestety nie jest inaczej. Olbrzymie, całkowicie liniowe przestrzenie, które musimy pokonywać za pomocą "łunochodu" MAKO, pod koniec gry jedynie wkurzają. Wejście do konkretnych lokacji też szczególnie sytuacji nie poprawia - nuda i brak inwencji. Szkoda, pole do popisu dla twórców było duże. Nawet ruiny wymarłej megacywilizacji wyglądają tu jak tworzone przez ograniczony umysł, zakotwiczony w rzeczywistości tanich sci-fi. Wąskie przejścia nie pozwalające na jakiekolwiek zboczenie z jedynej słusznej drogi, czy powtarzające się co kilka metrów te same elementy graficzne - to zdecydowanie nie to, co pobudzałoby wyobraźnię graczy.

6. Interfejs

Kolejny poważny problem - tak niefajnego interfejsu dawno w RPG-u nie widziałem. Z jednej strony w miarę przyjazny system zarządzenia drużyną podczas walki, z drugiej początkowo nieprzejrzysty i do końca gry odpychający ekran ekwipunku. Brak jakiegokolwiek graficznego przedstawienia przedmiotów, nieciekawe opisy i konieczność długiego klikania zanim dokona się chociażby zmiany rodzaju usprawnienia danej broni - zdecydowanie twórcy nie podeszli do sprawy w sposób player-friendly. Nawet ekwipunek w Wiedźminie wydaje się bardziej przejrzysty.

Ekwipunek wygląda bardzo biednie

7. Grafika i muzyka

Grafika była super w momencie wydawania gry, dziś w czasach pocrysisowych większego wrażenia nie robi. Jak wspomniałem, doskwiera szczególnie małe zróżnicowanie plenerów, brak charakterystycznych miejsc, w których byśmy przystawali tylko po to, by popodziwiać okolicę. Dużo lepiej jest z postaciami - dobry design obcych ras oraz świetna i bardzo realistyczna animacja twarzy pozytywnie wpływają na odbiór wyimaginowanego świata. Warto także wspomnieć o doskonałych cutscenkach, których nie powstydziłoby się wysokobudżetowe kino.

Ogólnie grafika prezentuje się ładnie, choć bez rewelacji. Silnik gry jest za to dobrze zoptymalizowany i na C2D 3GHz, GF 8800GT oraz 2GB RAM liczba FPS-ów właściwie non stop oscylowała wokół 60, mimo najwyższych detali z maksymalnym bodaj antyliasingiem i wysokiej dość rozdzielczości (1650x1080).

Muzyka też dobra, ale niczym się nie wyróżnia, ot taki RPG-owy standard. Kilka świetnych motywów, kilka przeciętnych, nic co by mi chodziło po głowie do dzisiaj. Wyróżnić za to trzeba absolutnie genialny (powtórzę - w wersji oryginalnej) dubbing.

8. Werdykt

Mass Effect a pewno nie jest grą doskonałą. Świetny scenariusz, porywająca fabuła i nieprzebrane bogactwo otaczającego nas świata nie pozwalają jednak na oderwanie się od gry. Naprawdę nie brakuje tu momentów wbijających wręcz w fotel i prawdziwych moralnych wyborów. Szkoda, że w parze nie idzie dopracowanie szczegółów i przede wszystkim wykorzystanie wspomnianej złożoności świata za pomocą dobrych i ciekawych misji pobocznych.

Mimo kilku niedoróbek to zdecydowany must have dla każdego miłośnika erpegów. Nie sądzę, żeby ktoś żałował zakupu.

Moja ocena:
8,5/10