sobota, 13 grudnia 2008

Lars and the Real Girl




Lars to dwudziestoparoletni chłopak mający dość poważne problemy psychiczne. Unika ludzi, nie lubi towarzystwa i wręcz cierpi fizyczny ból, gdy ktoś go dotyka. Ale ma też instynkt, który podpowiada mu, że jak nie możesz się zbliżyć do człowieka, to zbliż się do... lalki. Tytułowa real girl to piękny produkt przemysłu erotycznego. Blanka, bo tak nazywa ją Lars, zostaje przedstawiona światu całkowicie serio, jako upośledzona fizycznie misjonarka z Brazylii. Syntetyczno-ludzka tytułowa para zakochuje się w sobie bezgranicznie...;)

Brzmi idiotycznie? I poniekąd takie jest, ale o dziwo ten film to nie typowa komedia sytuacyjna (choć naprawdę zabawnych sytuacji tu nie brakuje) - to raczej komedio-dramat w klimacie skandynawskim. Właściwie, gdyby nie język angielski i częściowo znana obsada, to powiedziałbym, że to kolejna norweska czy duńska produkcja. Wszystko przypomina tu kino Północy Europy: śnieżna pogoda, mała zasypana wioska, mało atrakcyjni fizycznie ludzie, humor i pewien spokój oraz harmonia wyczuwane w powietrzu. Jedyne co każe pamiętać nam, że mamy do czynienia z kinem amerykańskim, to naiwna (choć ładnie wpisująca się w ten obraz) wiara w siłę zorganizowanej społeczności, gotowej się zjednoczyć bez mrugnięcia okiem, bez względu na to jak kretyńskie zadanie przed nią stoi.

Choć zdecydowanie nie takiego filmu się spodziewałem, to Lars and Real Girl bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Kilka razy można solidnie się pośmiać, kilka razy wzruszyć, całość jest naprawdę niegłupia i bardzo sympatyczna. Do tego Ryan Gosling w roli Larsa potwierdza swoją wszechstronność i nietuzinkowość. Brawo. Jedyne co może przeszkadzać, to ta naiwność i stosowanie uproszczeń, ale przecież to film o gumowej lalce, więc takie rzeczy są nie do uniknięcia.

Polecam ten film szczególnie lubiącym specyfikę kina skandynawskiego, ale i inni nie będą narzekać. Jak dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Przewrotne użycie atrybutu kultury niskich lotów w filmie dość szeroko czerpiącym ze zdobyczy psychologii wyszło nad wyraz dobrze, tworząc oryginalną, a przy tym łatwostrawną produkcję. Zdecydowanie coś , co warto mieć na płytce ;)

Moja ocena
8/10

poniedziałek, 24 listopada 2008

Tropic thunder / Jaja w Tropikach




Po raz pierwszy od baaardzo długiego czasu dałem się skusić na bzdurną z definicji amerykańską komedię. Na zasadzie: Robert Downey Jr., Tom Cruise i niezłe recenzje? - no dobra, dam mu szansę. Lepiej byłoby jednak, gdybym zaufał intuicji zapalającej wielkie czerwone światło na sam dźwięk tytułu Jaja w Tropikach.

Reżyserem jest największa chyba obecnie gwiazda amerykańskiej komedii (obok Adama Sandlera) - Ben Stiller, który obsadził się zresztą też w głównej roli. Gościa nie lubię, nie kumam o co w ogóle z nim chodzi, tak samo zresztą jak nie kumałem fenomenu wczesnego Jima Carrey'a (którego zresztą po Truman Show i Zakochanym bez pamięci bardzo lubię). W każdym razie Stiller najwyraźniej jest lubiany nie tylko przez widzów, bo w swoim filmie zgromadził całą plejadę głośnych nazwisk. Ich liczby pozazdrościłby niejeden reżyser z "nazwiskiem". Obok wspomnianej dwójki mamy tu też Nicka Nolte, Jacka Blacka, czy Matthew McConaughey.

Obsada robi wrażenie. Podobnie wrażenie robi rewelacyjny początek filmu. Pomysł z przedseansowymi trailerami jest super i zwiastuje naprawdę świeży humor. Potem jest już równia pochyła - od śmiesznej parodii Plutonu po totalnie kretyńską końcówkę próbującą łączyć motywy Czasu Apokalipsy i Rambo. Tak, Wietnamu jest tu dużo, masa nawiązań do klasyki zarówno tej z górnej półki, jak i kina typowo rozrywkowego. Ludzie na forach rozpływają się w zachwytach nad wplecionymi w akcję cytatami, poszczególnymi scenami itd., itp. O amerykańskich filmach o wojnie wietnamskiej pisałem magisterkę, więc podejrzewam, że takich smaczków wychwyciłem więcej niż przeciętny, czy nawet dość obeznany widz. Do tego film ten jest generalnie o kręceniu filmów, więc nie brakuje tu często celnych i ciętych uwag na temat Hollywood, tamtejszego stylu życia, gwiazd ekranu i całego przemysłu filmowego. I wiecie co? A nic, bo co mi po parodii, jak jest ona nieudolna i zamiast śmieszyć wywołuje uśmiech politowania? Co mi po kilku niezłych tekstach, sprytnych nawiązaniach i naprawdę dowcipnych momentach, jak poprzedzielane są długimi fragmentami w czasie których zastanawiałem się po co ja jeszcze oglądam tę głupotę? I wreszcie, co mi po świetnej obsadzie, jak w dużej mierze jest wrzucona na siłę, dla nazwiska i nie ma nic do zagrania, a wręcz wkurza niemożliwie (Black!!).

Honor trzeba oddać Downey'owi i Cruise'owi - są świetni. Robert potwierdza po raz kolejny swoją klasę i jest znakomity w roli wielkiej nagradzanej Oscarami gwiazdy, aktorskiego maniaka, który jest nawet w stanie zmienić kolor swojej skóry (operacyjnie), by tylko lepiej wczuć się w graną postać. Tom z kolei spróbował zawalczyć ze swoim obecnym emploi zadufanego scjentologicznego dupka. W jego wykonaniu nadpobudliwy, mający wszystko i wszystkich gdzieś producent potrafi naprawdę rozbroić :)

Jakiś czas temu zrecenzowałem sensację pod tytułem Street Kings. Film ten wielu się podobał, choć tak naprawdę był wyjątkowo przeciętny. Jego jedyną zaletą był chyba tylko brak sensownej konkurencji. Mam wrażenie, że podobnie jest z Jajami w Tropikach. Na bezrybiu i rak ryba ;) Ludzie podniecają się kilkoma faktycznie dobrymi scenami, sprytnie wplecionymi nawiązaniami do klasyki o wojnie wietnamskiej, tracąc z oczu ogólny obraz, że film ten to tak naprawdę 2 godzinny wieczór z kabaretem, na którym na 15 wykonawców śmiesznych był jeden, a i ten umiarkowanie.

Moja ocena:
5/10

wtorek, 18 listopada 2008

WALL-E



Z pozoru WALL-E to taka utrzymana w lekkim retrofuturyzmie bajeczka o dwóch zakochanych w sobie robocikach. Faktycznie ta bajka to jedna z przyjemniejszych opowiastek o miłości powstałych ostatnimi czasy, połączona z rewelacyjną wręcz satyrą nad skutkami naszej postępującej technologizacji. To chyba najlepszy mix rozrywki dla dzieci i przesłania dla dorosłych współczesnej animacji.

Fabuła jest bardzo prosta i pewnie każdy zainteresowany już o niej słyszał. Mamy uroczego robocika WALL-E (bez dwóch zdań wzorowanego na bohaterze Krótkiego spięcia), który powstał, by oczyszczać nasz świat z odpadków. No i sobie ten nasz świat sprząta, nie bacząc na to, że ludzi od 700 lat już na nim nie ma - część opuściła Ziemię, reszta została pośrednio zabita przez góry śmieci, którymi zasyfili całą planetę. Spokojne i monotonne życie WALL-E zmieni się jednak diametralnie, gdy jego terytorium nawiedzi nadpobudliwa sonda płci żeńskiej, o wdzięcznym imieniu EVE - wysłana w celu sprawdzenia, czy są na Ziemi jakieś oznaki życia.

Początkowo ten filmik, choć zadziwia technicznym kunsztem, wydaje się raczej dość infantylną opowiastką dla dzieciaków mających <10 lat. Szybko jednak nabiera tempa, raz po raz zaskakując celną obserwacją. Ilość odniesień do naszej rzeczywistości i niezliczone nawiązania do klasyki sci-fi wywołują nieustające jarzenie się michy. Śmiejąc się jednak z tych bezwolnych grubasów podświadomie gdzieś czujemy, że wcale wiele nam do nich nie brakuje... Oj, naprawdę odważny to film i autorom należą się brawa za umieszczenie podobnych wątków w, co by nie mówić, bajce dla dzieci.

Podziwiając tło historii nie można zapomnieć, że jej główną osią jest rodzące się uczucie między WALL-E a EVE. Choć te robociki nie potrafią wymówić nic poza swoimi imionami, a twórcy filmu wykorzystali tu zgrane raczej motywy, to i na tym polu jest świetnie. Naprawdę parę momentów jest rozbrajających i wstyd się przyznać, ale ja, stary już chłop, na tej opowiastce o dwóch blaszakach co najmniej trzykrotnie ostro walczyłem, by sobie nie połkać ze wzruszenia. Zresztą taki rozczulający nastrój utrzymuje się jeszcze długo po napisach końcowych (skądinąd też świetnych).

Ponoć każde dziecko wybiera sobie 2-3 filmy, których wspólnym oglądaniem katuje potem rodziców kilkadziesiąt razy. Jak już się dorobię dzieciaka, będę robił wszystko, by dla niego takim filmem stał się WALL-E :) Historię automatu sprzątającego i jego śnieżnobiałej wybranki pewnie mógłbym oglądać z przyjemnością jeszcze niejeden raz. Jak dla mnie bomba. Polecam.

Moja ocena:
9/10

poniedziałek, 10 listopada 2008

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki




Biedny Indy. Tyle lat mówiono, że będzie wskrzeszany i w końcu Lucas ze Spielbergiem dopięli swego.

Nic to, że Harrison Ford zbliża się do 70-tki i wygląda nawet jak dziadek swej własnej żony (Ally McBeal) - Indiana być musi i tyle. Że stary? Trudno, zrobimy z niego dziarskiego staruszka i dodamy młodą męską gwiazdkę dla równowagi (Shia LaBeouf). Mało tego, nawet damy mu doświadczoną przez życie weterankę serii (Karen Allen), co by sobie przed śmiercią jeszcze pobzykał.

Scenariusz? A po co Ci scenariusz? Weźmy kilka zgranych motywów z poprzednich części i wiesz co..., pofolgujmy swoim perwersjom. Ty Spielberg wsadź tych swoich ulubionych obcych. Że nie pasują do Indiany? No co ty, wymyślimy jakąś bzdurną historyjką, bez ładu i składu, ale alieny będą. Ty Lucas wsadź swoje ulubione maskotki. W końcu od królowania na ekranie Ewoków i Jar-Jara tyle czasu upłynęło, że nie masz czym się już rajcować. Taki bidniutki jesteś, że damy ci aż dwa typy zwierzątek na raz: świstaki i małpki. Fajniutkie i słodkie. Szczęśliwi?

A wiecie co, może ubzdurnijmy to jeszcze bardziej. Jaka najbardziej absurdalna sytuacja przychodzi wam do głowy?

Spielberg: Wybucha bomba atomowa, Jones wchodzi do lodówki.
Lucas: Jones idzie do ruin, a tam nagle pojawia się stado walczących za pomocą kung-fu mikro-indian, którzy nie chcą go przepuścić.

Wow chłopaki, wy to macie wyobraźnię, załatwione. Jak coś wam się jeszcze przypomni to dajcie znać, wsadzimy to do scenariusza już na planie.

Tak mniej więcej nowy Indiana wygląda. Jakieś zalety? No momentami czuć przyjemny klimacik poprzedników, mamy tą samą muzę, no i Indy to Indy, wiek tego nie zmieni. Cała reszta niestety wygląda dość zatrważająco i wybaczyłbym to, gdyby to była jakaś Mumia, ale nie przygody archeologa, który był jedną z filmowych postaci mających największy wpływ na moje zainteresowanie kinem.

Panom Spielbergowi i (szczególnie) Lucasowi już dziękujemy. Szczerze im życzę spełnienia marzeń, czyli porwania przez UFO i bolesnych eksperymentów przeprowadzanych przez szarych obcych z wielkimi oczami (Spielberg) oraz obudzenia się w świecie przepełnionym przeróżnymi pluszowymi i nie tylko zwierzątkami, które chciałyby się tylko tulić, będąc przy tym rozbrajająco dziecinnymi (Lucas) - najlepiej niech ten przytulankowy świat będzie otoczony drzwiami pozbawionymi klamek i wymalowany na urocze, cieplutkie kolorki.

Moja ocena:
4/10

BTW. na temat nowego Indiany powstał niezły epizod South Parku, który dość dobitnie pokazuje co panowie L&S zrobili naszemu archeologowi. Polecam.

http://www.southparkstudios.com/episodes/187260/

poniedziałek, 3 listopada 2008

Serialowy pół(ćwierć)metek



Regularnie oglądam kilka seriali, co jakiś czas próbuję czegoś nowego, o czym jest aktualnie głośno. Serialowy sezon trwa w najlepsze. Odcinków nowej serii była już chyba wystarczająca ilość, by pokusić się o wstępną ocenę trwającego sezonu. Na koniec kilka słów o tytułach, którym dawałem w ostatnim czasie szansę – jednemu się udało, innym nie, uzasadnię dlaczego.

Wciągający, stojący na dobrym poziomie i posiadających wyrazistych bohaterów serial to prawdziwy skarb, który daje wielokrotnie więcej radochy (do tego rozłożonej w czasie) niż nawet porządny rozrywkowy film. Problem z oceną seriali jest jednak taki, że odbieramy nowy sezon przez pryzmat poprzednich. A że utrzymanie formy przez 3-4 sezony to wielka sztuka, widzimy na przykładzie niemal każdego tytułu. Dlatego kolejną serię niezłego tytułu, choć na tle innych seriali jest obiektywnie dobry, możemy oceniać źle właśnie dlatego, że nie dorasta do pięt poprzednikom. Zachęcam więc do komentowania – z pewnością nie wszyscy się ze mną zgodzą. A jeżeli znacie tytuł warty poświęcenia tej godziny tygodniowo – czekam na propozycję 

Californication

Recenzję pierwszego sezonu zamieściłem swego czasu na tym blogu. Californication wywarło na mnie ogromne wrażenie lekkością, dystansem, humorem i świetnym przedstawieniem relacji między parą bohaterów. Więź łącząca Hanka (David Duchovny) z jego byłą partnerką Karen (Natascha McElhoe) była wręcz namacalna – coś rzadko oglądanego nawet w wielkich filmach, tu udawało się mimochodem. Tyle, że dwunastoodcinkowy serial stanowił pewną zamkniętą całość. Ewentualny ciąg dalszy, by mieć rację bytu musiałby opierać się na nieco innej formule. Tymczasem autorzy wyszli z założenia typowego dla wielu twórców sequeli – dajmy widzom to, co podobało się w części pierwszej, ale pomnożone wielokrotnie i podane w jeszcze bardziej efektownej formie. Oczywiście dzieje się to zazwyczaj kosztem innych części składowych pierwowzoru, które w równym, jak nie większym stopniu decydowały o jego sukcesie.

I tak drugi sezon Californication jest jeszcze bardziej zboczony, szokujący i przepełniony seksem niż sezon premierowy. Pełno tu golizny, obscenicznych scen i momentów, których zadaniem jest tylko bycie kontrowersyjnymi. To co było ciekawym i świeżym uzupełnieniem głównego wątku poprzedniej serii, tu wyszło zdecydowanie na plan pierwszy. Ofiarą tego padło najważniejsze – sens serialu. Ponieważ próba ułożenia sobie wspólnego życia przez Hanka i Karen raczej kontrowersjom nie sprzyjała, twórcy więcej miejsca zaczęli poświęcać znajomym bohaterów przekształcając ich postaci w wiecznie zaćpane i myślące tylko o seksie kukły. Kiedy i ta formuła się wyczerpała (wystarczyły na to cztery odcinki), zrobiono zwrot w akcji właściwie sprowadzając ją do punkty wyjścia całego serialu. Wszystko po to, by dalsze ekscesy Hanka miały uzasadnienie. O ile siłą napędową pierwszego sezonu była próba poradzenia sobie Hanka ze stratą Karen i walka o jej odzyskanie, tak tu właściwie nie ma nic, co mogłoby taki ciężar pociągnąć. Ot przechodzenie od jednej głupiej sceny do kolejnej, od czasu do czasu z przerwą na naprawdę fajny moment. Jeżeli tak ma wyglądać cała seria, na następny sezon najzwyczajniej w świecie nie widzę już miejsca.

Dexter

W przypadku Dextera już do drugiego sezonu podchodziłem z rezerwą. O dziwo okazał się jeszcze lepszy niż sezon startowy. W takim razie trzeci sezon z pewnością dobry okazać się już nie mógł. A jednak!

Autorzy serialu ponownie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Od razu rzuca się w oczy, że mieli pomysł, co dalej z losami Dextera począć. By uniknąć wtórności umiejętnie ograniczyli jedne wątki na rzecz innych, wprowadzili nowych, ciekawych bohaterów (świetny Jimmy Smits). Co jednak najważniejsze, nie popełnili też grzechu typowego dla innych wielosezonowych produkcji – chodzi mi o eksponowanie akcji kosztem psychologii postaci. W dalszym ciągu to świetnie wyreżyserowana i zagrana opowieść o seryjnym mordercy, który coraz lepiej radzi sobie z udawaniem życia szarego człowieka, co jednak przysparza mu nowych kłopotów. Podobnie jak dość niespodziewany sojusznik w jego poczynaniach, posiadający zresztą nie mniejsze niż Dexter problemy z samym sobą. Nie chcę spoilować akcji, dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że Dexter to zdecydowanie najlepsze, co ma obecnie do zaoferowania amerykańska telewizja (przynajmniej z tego co widziałem) i chyba nie ma drugiego serialu, który trzymałby tak równą formę przez sezony. Zdecydowanie polecam, w serialowej klasyfikacji to mój number one.

Heroes

Serial o superbohaterach wydawał mi się głupi z zasady i musiałem usłyszeć/przeczytać dużo pozytywnych opinii zanim się za niego zabrałem. A jak już się zabrałem to nie mogłem się oderwać :) Pierwszy sezon był super – totalnie świeże i niekomiksowe spojrzenie na ludzi posiadających nadprzyrodzone moce. Drugi sezon niestety został mocno naznaczony strajkiem scenarzystów i kretyńskim wątkiem o przygodach Hiro w średniowiecznej Japonii. Mimo wszystko do sezonu trzeciego podchodziłem z optymizmem – mając gotowych i ciekawych bohaterów wystarczyło osadzić ich w ciekawej opowieści. A o taką w świecie supermocy przecież nietrudno, należało tylko zatrudnić sprawnego scenarzystę.

Taki jednak najwidoczniej się nie znalazł. Przekombinowano i to znacznie. Zamiast ciekawej rozwojowej fabuły mamy kompilację kilkunastu wątków połatanych grubymi nićmi, przez co słabo trzymających się kupy i do tego zmieniających się jak w kalejdoskopie. Pojawia się nowa tajemnica, ledwo zaczniemy myśleć, o co tu chodzi, a już dostajemy jej rozwiązanie połączone z kolejną nowością. I tak w kółko, bez ładu i składu, w formie przypominającej dziwaczny serialowy teledysk. Za dużo tu atrakcji, za mało sensu. Wszystko to powoduje, że właściwie nie można się zaangażować w opowiadaną opowieść, a kolejne zwroty akcji wita się najwyżej obojętnym ziewnięciem. Szkoda, szkoda, bo naprawdę ten serial to materiał na rozrywkowy hicior. A tak z każdym kolejnym odcinkiem noszę się z zamiarem rzucenia Heroesów, tak jak swego czasu przerwałem oglądanie Prison Breaka. Pewnie do końca sezonu dotrwam, ale bardziej z przyzwyczajenia i sympatii do postaci niż faktycznej wartości serialu.

Zresztą chyba nie tylko ja mam takie zdanie o nowych Hirołsach, bo dopiero co wywalono głównych producentów serialu - trzymającym kasę nie podobał się kierunek w jakim zmierzał. I dobrze, niech spadają.

Gotowe na wszystko

Sezon czwarty Gotowych kończył się krótką sceną przedstawiającą nasze bohaterki po pięciu latach od oglądanych wydarzeń. Średnio mi się ta wizja podobała, miałem więc nadzieję, że to tylko taka ciekawostka, a nie zaczyn do sezonu piątego. Myliłem się.

Tak więc oglądamy wydarzenia po pięciu latach. W życiu desperatek sporo się zmieniło, ot chociażby Gabrielle urodziła dwa pulchne potworki, Susan nie jest już z Mike’m, a Bree z kury domowej stała się kobietą sukcesu. Nie byłem przekonany do tego pomysłu, ale już pilot nowego sezonu pokazywał, że to zmiana w dobrym kierunku, działająca ożywczo na cały serial. W gruncie rzeczy to stare dobre Gotowe na wszystko, wcale nie gorsze od wcześniejszych odcinków, co w przypadku piątego sezonu wydaje mi się dużą sztuką. Mało tego, w pewnych elementach nawet poprzednie sezony przewyższa. Sezon premierowy wybił się na łączeniu wątku sensacyjnego (będącego jednocześnie przewodnim) z typową satyrą obyczajową. Ten wątek sensacyjny był potem powielany w każdym sezonie, zazwyczaj z miernym skutkiem. A tu proszę - ma on wreszcie sens i nawet wciąga. Brawa, polecam.

Scrubs

Scrubs (czy jak chcą polscy spece od tytułów - Hoży doktoży) ma już całą masę sezonów. Ja zabrałem się do serialu niedawno, przetrawiłem sezon pierwszy i jest fajnie :) Bezkompromisowa, zakręcona jak rondo w Będzinie komedia, pełna surrealistycznych gagów. Nie każdemu ten typ humoru będzie odpowiadał, sam musiałem się przyzwyczaić, ale jak już się przywyknie to jest git :) Taki 20-minutowy odstresowywacz. Warto poznać.

Fringe

Zapowiadany szeroko nowy serial JJ Abramsa miał wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Widziałem pilot i zmiotłem go szybko do twardzielowego kosza. Jest tajemnica, są nadprzyrodzone moce, spiski i inne atrybuty poX-filesowe. Nie ma jednak za krzty sensu i napięcia. Tak złego pilota chyba jeszcze nie widziałem. Trzeba naprawdę mieć duże zaparcie, żeby włączyć po nim drugi odcinek. Ale jak twierdzi kolega m010ch na swoim blogu (http://m010ch.blogspot.com/2008/10/szau-nie-ma.html), ponoć potem się rozkręca i ogólnie zacisnąć zęby warto. Chyba jednak dam sobie spokój, ewentualnie powrócę do Fringe, jak inne seriale się pokończą.

Podsumowując:

Jest średnio na jeża. Świetny Dexter, niezłe Gotowe, dołujący coraz bardziej z każdym odcinkiem Californication (no scena przy kręceniu Vaginatown to już dla mnie przegięcie), totalnie wyrwani spod kontroli Heroesi i na deser niezłe Scrubs - szału nie ma. Ciekawe czy Lost, który przecież niebawem nadejdzie, będzie dalej pikował w dół, czy jednak nieco się podniesie?

niedziela, 5 października 2008

Mass Effect




Z góry uprzedzam, że uwielbiam RPG-i. Dwie pierwsze części Fallouta uważam za najlepsze gry jakie powstały, Baldur's Gate'y znam na pamięć, a Planescape Torment czy Arcanum to dla mnie klasyka nie do pobicia. Takie obeznanie w dużej mierze warunkuje moją ocenę współczesnych gier z tego gatunku. Z wydanych w ostatnim czasie jedynie Wiedźmin całkowicie spełnił (a nawet przekroczył) moje nadzieje na porywającą i nieliniową rozgrywkę. KOTOR, Oblivion, Gothic 3, Neverwinter Nights 2, Jade Empire - wszystkie zrażały mnie porządnie w takim czy innym aspekcie i choć część z nich ukończyłem, to odbyło się to w bólach i tylko po to, by nie uważać spędzonego wcześniej z grą czasu za całkowicie stracony.

Mass Effect porażał od momentu pojawienia się w sieci pierwszych filmików z tej produkcji. Wreszcie szykował się prawdziwy role-play bez orków, krasnoludów czy innych posttolkienowskich gatunków. Kosmiczny rozmach, w oprawie godnej XXI wieku i z niesamowitym, "dorosłym" klimatem. Niby coś podobnego oferowały wcześniej dwie części Knights of the Old Republic - tam jednak powtarzalność lokacji i kilka innych upierdliwych elementów skutecznie zniechęciły mnie do dalszej gry. Tych wad Mass Effect miał być pozbawiony i faktycznie - pierwsze recenzje wersji na konsole (na pecety ME wyszedł z rocznym opóźnieniem) były entuzjastyczne (choć trzeba przyznać, że i błędy pewne wytykały). Wiadomo jednak, że to co robi wrażenie na konsolach, na komputerach stacjonarnych często powoduje raczej uśmiech politowania (vide Halo na przykład), na konwersję czekałem więc z niepewnością.

Mass Effect w wersji na PC już jest i... oczekiwania spełnia. Wart jest rozbudowanej recenzji, więc postaram się rozbić go na czynniki pierwsze :)

1. Fabuła

Jest boska :) Przyszłość (choć nie bardzo odległa), ludzie agresywnie i konsekwentnie wbijają się na panteon międzygatunkowej społeczności. Mamy możliwość kompleksowego poznania wykreowanego przez twórców gry świata - jego historię, opis tworzących go gatunków, planet i technologii. Całość jest kompletna, wiarygodna i w bardzo udany sposób tworzy wrażenie realności i epickości. Nie będę zdradzał głównego wątku, gdyż nie dałoby się raczej uniknąć spoilerów. Znakomicie wpisuje się on jednak w rozmach przedstawionego świata i jest chyba najsilniejszym punktem gry. Historia porywa i nie pozwala się oderwać od gry do samego końca. Szkoda tylko, że ten koniec następuje tak szybko. Ledwo się faktycznie wkręcimy, ledwo poznamy o co w tym tak naprawdę chodzi i... już - final battle i the end.

Ta krótkość jest tym bardziej rażąca, że gra nie ma wiele więcej do zaoferowania. W wielu RPG-ach o sile gry decyduje zróżnicowanie i rozbudowanie questów pobocznych. Te oczywiście w Mass Effect występują, ale są tak żałosne i schematyczne, że po wykonaniu trzech wiadomo już, że nie ma sensu tracić czasu na kolejne. Leć na daną planetę, dojedź pojazdem Mako do kompleksu budynków, zabij tam wszelkie przeszkadzajki i zabierz/uruchom/zniszcz coś - schemat, schemat i jeszcze raz schemat. Wystarczy wykonać misję na Księżycu, by zobaczyć, że cała energia twórców poszła w fabułę, a questy poboczne zlano na całego.

2. NPC

W grze mamy sześcioro towarzyszy, choć aktualnie poruszamy się jedynie z wybraną dwójką. Towarzystwo jest wielorasowe i bardzo mocno wpływające na ogólny odbiór gry. Tak silnego zżycia się z poszczególnymi członkami ekipy nie czułem od czasów Baldur's Gate 2. Świetnie nakreślone charaktery, bardzo dobra interakcja, znakomite dialogi i przede wszystkim zmuszenie nas do prawdziwych wyborów (nie wszyscy dotrwają do końca) - tego dawno nie było. Olbrzymi plus, aż szkoda, że mechanika gry nie pozwala na podróżowanie z całą gromadką a'la BG właśnie :)

3. Interakcja

Systemowi prowadzenia dialogów warto poświęcić osobny punkt, gdyż rozmawia się tu sporo. Autorzy, chcąc uchronić współczesnego gracza od czytania ton tekstów (czemu dziś wszystko trzeba upraszczać?:(), zmodyfikowali tradycyjny sposób prowadzenia rozmów, zastępując wybór z pomiędzy pełnych odpowiedzi kontekstowym kółkiem. Innymi słowy - nie wybieramy co odpowiedzieć, a w jakim tonie. Nadaje to dialogom tempa i pewnej filmowości. Niestety problem w tym, że często wypowiadane kwestie mają się nijak do tego co wybraliśmy. Nie jesteśmy więc wielokrotnie w stanie przewidzieć (przynajmniej w wersji PL), co tak naprawdę odpowiemy.

Odpowiedzi zazwyczaj są podzielone na agresywne, neutralne i powiedzmy uprzejme. Podział ten jest wyraźnie zaznaczony na wspomnianym kontekstowym kółku. Od naszego wyboru zależy, czy dostaniemy punkty Renegata, czy Idealisty (a więc system podobny do wyboru między jasną a ciemną stroną mocy w KOTORze). Większego wpływu na grę to nie ma, jednak naprawdę czasem ciężko mi było zrozumieć, czemu za rzeczową reakcję, która nie wiązała sie z niczym "złym", dostawałem potem +6 punktów do Renegata.

Tak wygląda kontekstowe koło dialogowe :)

Systemowi dialogów daleko do ideału i z czasem ma się rosnące wrażenie, że tak naprawdę niewiele nasze wybory znaczą (poza paroma zero-jedynkowymi przypadkami). Wynagradza to nieco fakt, że same wypowiadane treści są zazwyczaj świetnie napisane i jeszcze lepiej przeczytane (piszę o dubbingu w wersji ENG). Czyta i słucha się ich z przyjemnością. Osobiście jednak wolałbym mniej fajerwerków i rozmowy rodem z Planescape Torment. Można sobie pomarzyć...

4. Walka

Jak w każdym niemal RPG, tak i w Mass Effect walka pełni bardzo ważną rolę. W ME została ona w dużej mierze odarta z elementów strategii charakterystycznych dla serii Baldur's Gate czy Icewind Dale. W zamian za to mamy dość zręcznościowy system oparty na widoku TPP i systemie krycia się za przeszkodami. Sprawdza się to nieźle, tym bardziej, że pozostawiono aktywną pauzę. Wersja PC ma tutaj dodatkową przewagę nad konsolową - w przeciwieństwie do konsoli, na PC można wydawać rozkazy każdemu kompanowi oddzielnie. Znacznie zwiększa to pole manewru.

Menu walki jest przejrzyste, choć perspektywa utrudnia wydawanie rozkazów

Ogólnie walka nie jest specjalnie skomplikowana czy trudna. Po nauczeniu się odpowiedniego korzystania z mocy biotycznych (taki przyszłościowy odpowiednik magii) większość przeciwników nie sprawia problemu. Jedynie duża ich grupa była w stanie mi zagrozić. Warto podkreślić jednak, że mimo wielu uproszczeń walczy się w ME z przyjemnością do samego końca gry, czego o wielu RPG-ach (vide Oblivion czy G3) powiedzieć nie można.

5. Mapy

Obok bezsensownych side-questów największa chyba bolączka gry. Bioware pokazało, że ma problem z dobrymi projektami lokacji już przy okazji KOTOR-a. W ME niestety nie jest inaczej. Olbrzymie, całkowicie liniowe przestrzenie, które musimy pokonywać za pomocą "łunochodu" MAKO, pod koniec gry jedynie wkurzają. Wejście do konkretnych lokacji też szczególnie sytuacji nie poprawia - nuda i brak inwencji. Szkoda, pole do popisu dla twórców było duże. Nawet ruiny wymarłej megacywilizacji wyglądają tu jak tworzone przez ograniczony umysł, zakotwiczony w rzeczywistości tanich sci-fi. Wąskie przejścia nie pozwalające na jakiekolwiek zboczenie z jedynej słusznej drogi, czy powtarzające się co kilka metrów te same elementy graficzne - to zdecydowanie nie to, co pobudzałoby wyobraźnię graczy.

6. Interfejs

Kolejny poważny problem - tak niefajnego interfejsu dawno w RPG-u nie widziałem. Z jednej strony w miarę przyjazny system zarządzenia drużyną podczas walki, z drugiej początkowo nieprzejrzysty i do końca gry odpychający ekran ekwipunku. Brak jakiegokolwiek graficznego przedstawienia przedmiotów, nieciekawe opisy i konieczność długiego klikania zanim dokona się chociażby zmiany rodzaju usprawnienia danej broni - zdecydowanie twórcy nie podeszli do sprawy w sposób player-friendly. Nawet ekwipunek w Wiedźminie wydaje się bardziej przejrzysty.

Ekwipunek wygląda bardzo biednie

7. Grafika i muzyka

Grafika była super w momencie wydawania gry, dziś w czasach pocrysisowych większego wrażenia nie robi. Jak wspomniałem, doskwiera szczególnie małe zróżnicowanie plenerów, brak charakterystycznych miejsc, w których byśmy przystawali tylko po to, by popodziwiać okolicę. Dużo lepiej jest z postaciami - dobry design obcych ras oraz świetna i bardzo realistyczna animacja twarzy pozytywnie wpływają na odbiór wyimaginowanego świata. Warto także wspomnieć o doskonałych cutscenkach, których nie powstydziłoby się wysokobudżetowe kino.

Ogólnie grafika prezentuje się ładnie, choć bez rewelacji. Silnik gry jest za to dobrze zoptymalizowany i na C2D 3GHz, GF 8800GT oraz 2GB RAM liczba FPS-ów właściwie non stop oscylowała wokół 60, mimo najwyższych detali z maksymalnym bodaj antyliasingiem i wysokiej dość rozdzielczości (1650x1080).

Muzyka też dobra, ale niczym się nie wyróżnia, ot taki RPG-owy standard. Kilka świetnych motywów, kilka przeciętnych, nic co by mi chodziło po głowie do dzisiaj. Wyróżnić za to trzeba absolutnie genialny (powtórzę - w wersji oryginalnej) dubbing.

8. Werdykt

Mass Effect a pewno nie jest grą doskonałą. Świetny scenariusz, porywająca fabuła i nieprzebrane bogactwo otaczającego nas świata nie pozwalają jednak na oderwanie się od gry. Naprawdę nie brakuje tu momentów wbijających wręcz w fotel i prawdziwych moralnych wyborów. Szkoda, że w parze nie idzie dopracowanie szczegółów i przede wszystkim wykorzystanie wspomnianej złożoności świata za pomocą dobrych i ciekawych misji pobocznych.

Mimo kilku niedoróbek to zdecydowany must have dla każdego miłośnika erpegów. Nie sądzę, żeby ktoś żałował zakupu.

Moja ocena:
8,5/10

piątek, 3 października 2008

Iron Man




Kolejny komiksowy twór. Tym razem na tapetę wzięty raczej średnio popularny (w Polsce przynajmniej) superhero - Iron Man. Recenzje filmu po premierze były pozytywne i... trudno się z nimi nie zgodzić :)

Wielkiej filozofii tu nie ma. Tony Stark (Robert Downey Jr.) jest lekkoduchem spędzającym czas na szalonej zabawie. Zachowuje się właściwie niczym Bruce Wayne pozujący na bogatego lekkoducha, tyle, że Stark nie udaje. Naprawdę ma niemal wszystko gdzieś, liczy się dobra rozrywka, wystawne życie i piękne kobiety. A że przy tym jest inżynierskim geniuszem, właścicielem olbrzymiej firmy specjalizującej się w wyposażaniu armii USA w środki skutecznej negocjacji z terrorystami, to i na zachcianki mu nie brakuje.

I pewnie dalej by to się tak kręciło, gdyby nie pechowe wydarzenia podczas prezentacji nowych śmiercionośnych pocisków wojskom stacjonującym na Bliskim Wschodzie. Stark nie dość, że widzi dzielnych amerykańskich chłopców, którzy giną od produkowanej przez niego broni, to jeszcze dostaje się do niewoli, gdzie ma wspomóc terrorystów swoim konstruktorskim talentem. Tak traumatyczne przeżycia oczywiście zmieniają jego spojrzenie i nadają życiu nowy sens - od teraz będzie tępił zło w groteskowym (ale nie tak jak rajtuzy innych herosów) pancerzu, przeładowanym najnowocześniejszą elektroniką.

Czytając powyższy opis można spodziewać się tylko kolejnego kolorowego gniota made in Hollywood. A jednak nie - Iron Man podoba się właściwie od początku do samego końca. Jak twórcy to osiągnęli? W bardzo prosty i trudny do osiągnięcia jednocześnie sposób - humorem. Cała historia pokazana jest z lekkim przymrużeniem oka, dialogi kipią od inteligentnego dowcipu i nie ma tu charakterystycznego dla tego rodzaju kina przeładowania efektami. Do tego fajna atmosfera najwyraźniej udzieliła się aktorom, widać, że bawili się na planie znakomicie. Downey Jr. nie pokazuje niczego do czego nas już nie przyzwyczaił, ale w roli Starka jest świetny - wyluzowany, pewny siebie, z charakterystyczną dla tego aktora nutą straceńczego szaleństwa. Nawet Gwyneth Paltrow nie ma tu typowej dla niej miny cierpiętnicy i wreszcie przypomina kobietę z jakimś seksapilem.

Jakieś wady? Tak - komediowa atmosfera w troszkę za mały sposób jest tutaj wspierana przez wątek mający wywołać emocje. Konfrontacja Starka z jego głównym przeciwnikiem (niezły Jeff Bridges) jest mdła, pozbawiona dramaturgii i zakończona totalnie bezpłciową walką, niegodną po prostu filmu o superbohaterze. Wszystkie inne aspekty filmu wynagradzają to jednak widzowi z nawiązką.

Werdykt - Iron Man to zdecydowanie jedna z najlepszych adaptacji komiksu. Prezentuje całkiem inny styl niż chociażby ostatni Batman i bardzo dobrze na tym wychodzi. O ile historia Batmana i otaczających go postaci jest wystarczająco głęboka, by udźwignąć nawet pozbawiony scen akcji dramat, tak banalną postać Iron Mana mógł uratować tylko przebojowy luz i humor. Brawa dla reżysera za wybór prawidłowej ścieżki. Warto jego wysiłek zobaczyć.

Moja ocena
7,5/10