Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Serial. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 stycznia 2010
Six Feet Under / Sześć stóp pod ziemią
Za Sześć stóp pod ziemią zabierałem się bezskutecznie dobrych kilka lat. To właściwie obiekt serialowego kultu, choć dla mnie, jako fana American Beauty, wystarczającą rekomendacją była osoba autora scenariusza tego filmu - Alana Balla, który jest pomysłodawcą, producentem wykonawczym i scenarzystą Six feet under w jednej osobie.
Właściwie całą recenzję można by sprowadzić do prostej konkluzji - jeśli lubisz American Beauty, scena z latającą foliówką sprawiła, że nie mogłeś/aś oderwać się od ekranu, a końcówka spowodowała, iż gapiłeś/aś się w ścianę 5 minut po seansie marząc, by nic nie wybiło cię z tego nastroju, to bierz się za Sześć stóp - pokochasz je. Rękę Balla czuć tu bardzo często, a do tego w tle mamy muzykę Thomasa Newmana, który stworzył te perfekcyjne dźwięki wspomagające hipnozę podczas zabawy wspomnianego worka foliowego z wiatrem. To sprawia, że z pozoru banalna historia dość przeciętnej rodziny Fisherów zajmującej się nieprzeciętnym interesem (dom pogrzebowy) czaruje od pierwszego odcinka.
Czym w skrócie jest Sześć stóp? To dramat obyczajowy, przedstawiający rok po roku losy matki, jej dwóch dorosłych synów, dorastającej córki oraz ich partnerów. Nudne? Ani trochę. Całość podana jest momentami w mocno surrealistycznym sosie, a elementów melodramatycznych tu nie stwierdzono. Bywa dosadnie, brutalnie i prawdziwie. Twórcy unikają tanich chwytów, a pełnokrwiste postaci bohaterów dodają emocji do najprostszych nawet scen.
To co naprawdę wyróżnia ten serial, to specyficzne podejście do tematu śmierci. Początek każdego odcinka rozpoczyna się sceną, ukazującą okoliczności pojawienia się nowego klienta w drzwiach zakładu pogrzebowego Fisher&Sons. Jesteśmy świadkami śmierci tragicznych, komicznych, spokojnych, czy nawet takiej z perspektywy noworodka. Oglądamy tragedię zmarłego i dramat rodziny - wszystko jednak podane w tak specyficznej atmosferze, że ten przerażający koniec życia staje się z czasem przez widza zaadoptowany, przetrawiony i zaakceptowany. Dotykanie w ten sposób pewnych strun, których od dawna staram się nie szarpać, przynosi mimowolne ukojenie.
Mimo tych zachwytów daleki jestem od uznania Six feet under za serial idealny. Przede wszystkim wydaje się za długi. Pięć sezonów złożonych z godzinnych odcinków to chyba jednak zbyt dużo względem ilości pomysłów na ciekawe rozwijanie akcji. Serial szczególnie siada w trzecim sezonie, kiedy ciekawą i budzącą ambiwalentne uczucia postać Brendy (świetna Rachel Griffiths) zastąpiono nudną i irytującą Lisą (Lili Taylor). Miałem nawet chwile zwątpienia, czy ciągnąć to dalej. Potem jest lepiej, ale powrotu do formy z dwóch pierwszych sezonów już nie ma. Nie podoba mi się też ewolucja jaką przechodzi część bohaterów wraz z wiekiem. Szczególnie dotyczy to Nate'a (Peter Krause), który początkowo był moim ulubieńcem, by w końcówce denerwowała mnie każda scena z udziałem jego umartwionej, debilnej miny. Swoją drogą, w większości seriali takie rzeczy by po mnie spłynęły. W Six feet under następuje jednak tak silne zżycie się z rodziną Fisherów, że czułem momentami autentyczną złość na bohaterów. To naprawdę wielka sztuka.
Wszelkie niedoróbki i słabsze momenty serialu idą w niepamięć wymazane przez fenomenalną wręcz końcówkę. Zaledwie kilkuminutowa scena (a właściwie sekwencja scen) ukazująca przemijanie życia udźwiękowiona jedynie przy pomocy rewelacyjnego utworu Breathe me Sii Furler daje po głowie tak mocno, że wszelkie "ale" względem tego serialu znikają raz na zawsze i musiałem je na siłę wygrzebywać z pamięci, by recenzja ta miała chociaż pozory w miarę obiektywnej :) Tak prosty pomysł na epilog, a tak genialny.
Nie ma sensu zbytnio rozckliwiać się nad warsztatową oceną Sześciu stóp. To ścisła czołówka amerykańskiego serialu, zarówno pod względem poziomu aktorstwa, jak i zdjęć, czy muzyki. Trochę obawiałem się, że patrząc na Michaela C. Halla będę widział Dextera, ale już pierwsza scena pokazała, że czuje się on równie dobrze w roli socjopaty, jak i zakompleksionego, pełnego wyparć geja i nie może tu być mowy o aktorze jednej roli. Uważny obserwator obecnych zmian w sferze społecznej nie przegapi też dość mocno oswajająco-agitacyjnej funkcji postaci Davida Fishera (kto oglądał ostatni sezon, ten wie), ale to temat na inną, ciekawą dyskusję.
Zbierając wszystko do kupy Sześć stóp pod ziemią to rewelacyjny serial, swoją dojrzałością, formą, oryginalnością i klimatem wybijająca się na najwyższe miejsca panteonu telewizyjnych produkcji. Aż mi wstyd, że sięgnąłem po niego tak późno. Za 20 lat to będzie klasyk wymieniany jednym tchem przy Miasteczku Twin Peaks. Na wspomnienie epilogu cały czas przechodzą mi ciarki po plecach. Po prostu żal tego tytułu nie znać.
Moja ocena:
9/10
PS. Jako fotkę wrzucam okładkę soundtracka, a nie plakat filmu, ale po końcówce nic innego mi nie pasowało :)
wtorek, 21 lipca 2009
The Shield / Świat gliniarzy

Jakiś czas temu The Times opublikował listę najlepszych amerykańskich seriali z ostatnich lat. Mając ochotę na coś "policyjnego" przerobiłem najpierw cały sezon pierwszego na liście The Wire. To świetna, realistyczna produkcja pokazująca pracę policji w niezwykle szczegółowy sposób. W jej największej zalecie, tkwi jednak i największa słabość - bywa nudno, niespiesznie i trudno o bakcyl "jeszcze jednego odcinka". Do The Wire na pewno jeszcze wrócę, zanim jednak wziąłem się za drugi sezon, postanowiłem sprawdzić coś nieco bardziej żwawego - 9. na tej liście The Shield. I zassało mnie (i moją żonkę) na pełne 7 sezonów.
Policyjny posterunek w walącym się budynku dawnego kościoła, Farmington, Los Angeles - dzielnica znajdująca się w całości pod kontrolą gangów. Obok standardowych mundurowych i detektywów stacjonuje tam dość niezwykły czteroosobowy zespół - Grupa Uderzeniowa, jednostka, która ma odgórne przyzwolenie na przymykanie oka na przepisy, liczy się tylko skuteczność. Dowodzi nią Vic Mackey (Michael Chiklis), niski, łysy, prymitywny i naładowany testosteronem glina - uzależniony od adrenaliny, nie znający sytuacji bez wyjścia, w którym umięśnione grupy meksykańskich dealerów budzą mniej więcej taki respekt, jak w przeciętnym policjancie jarający trawkę gimnazjaliści. Kocha swoją robotę i kocha ludzi, z którymi pracuje. Jego Strike Team jest niczym mafijna rodzina - zawsze mogąca na siebie liczyć i pomagająca sobie nawet w najbardziej ryzykownych sytuacjach. A tych nie brakuje, bo co prawda Grupa Uderzeniowa dba o względny spokój na ulicach i dokonuje spektakularnych aresztowań, wszystko to jednak przykrywka dla ich przestępczej działalności, wymuszeń na gangach, a nawet uciekania się do morderstw, jeśli tylko tego wymaga interes lub bezpieczeństwo zespołu.
Pilot The Shield robi wrażenie. Skorumpowani policjanci, brak jakiejkolwiek poprawności politycznej w dialogach i rewelacyjny zwrot akcji w końcówce - tego nie widzi się często w serialach. Potem jest jednak nieco gorzej, jakby producenci przestraszyli się ostrej wymowy filmu i mieli wątpliwości, czy publiczność zostanie przyciągnięta na dłużej przez tak negatywnych bohaterów. Stąd lekkie zmiękczenie tonu powodujące poczucie, że Vic z pilota, to nie ta sama postać, którą później oglądamy przez kolejne 7 sezonów. Dość szybko rzucają się też w oczy inne wady serialu. Szybki, rwany montaż, choć efektowny, często jest tylko zasłoną dla dziur scenariuszowych i braku logiki. Wszystko jest podporządkowane akcji i o jakimkolwiek realizmie nie może tu być mowy (co szczególnie mocno czuć po The Wire, skupionym na proceduralnych przeszkodach w życiu policjanta). Kuleje też nieco aktorstwo (ale to zarzut tylko do części obsady, głównie członków Grupy Uderzeniowej), choć pod tym względem widać progres z każdym sezonem.
Największą dla mnie wadą było jednak zbytnie odsunięcie w cień głównego wątku. Szczególnie mocno odczułem to w pierwszych dwóch sezonach, gdzie skupienie na problemach "odcinkowych" jest za duże. Nie sprzyja to zaangażowaniu widza (ale to może być moje indywidualne odczucie, nigdy nie lubiłem seriali, gdzie każdy odcinek jest o czymś innym). Począwszy od sezonu trzeciego jest już lepiej, ale tam z kolei widać jak na dłoni brak umiejętności wykorzystania budowanego przez wiele epizodów napięcia do nakręcenia emocjonującej sceny kulminacyjnej. Skoro bohaterowie planują szczegółowo skok na kasę armeńskiej mafii przez kilka miesięcy, to zwykłą stratą potencjału jest zakończenie tego w 30-sekundowej banalnej strzelaninie.
O tych zarzutach można jednak całkowicie zapomnieć począwszy od sezonu piątego. The Shield to doskonały przykład, że poziom serialu można rozwijać, zamiast rozmieniać go na drobne (vide Lost). Po niezbyt udanym eksperymencie z gwiazdą (Glenn Close), którą zatrudniono do sezonu czwartego, nie bardzo wiedząc co z nią robić, twórcy sięgnęli do najwyższej półki, ściągając do obsady Foresta Whitakera. Od tej pory The Shield nabiera prawdziwych rumieńców. Główny wątek zostaje wyciągnięty na plan pierwszy, całkowicie dominując serial. Pojedynek między Vikiem, a depczącym mu po piętach agentem Kavanaugh (Whitaker właśnie) to czysta serialowa poezja. Potem jest jeszcze lepiej, aż do naprawdę rewelacyjnego zakończenia całej serii. Tak ciężkiego, przytłaczającego wręcz klimatu nie czułem już dawno w żadnej produkcji telewizyjnej, czy nawet kinowej. Nie brak tu zaskoczeń i ciągłych zwrotów akcji, ale o sile 7. sezonu decyduje przede wszystkim znaczne udramatycznienie całej produkcji. Skupienie się na postaciach w sytuacjach już ekstremalnych, częściowe odrzucenie błyskawicznego montażu na rzecz długich, pełnych emocji scen - tu po prostu widać spójną wizję na niezapomniany epilog. A ten robi wrażenie i trudno po nim zasnąć. Aż szkoda, że od początku nie kręcono The Shield w tym tonie.
Świat gliniarzy wciąga jak mało który serial. Jest brutalnie (o tym aspekcie The Shield można by napisać osobny tekst - jest tu wszystko, od palenia żywcem, po obcinanie nóg), niepoprawnie politycznie i zaskakująco. Choć momentami drażni uproszczeniami, to każdy kolejny sezon jest lepszy od poprzedniego (z wyjątkiem słabszego czwartego) prowadząc aż do genialnej końcówki. Ostatnie trzy sezony to prawdziwa uczta dla fana seriali, która całkowicie usprawiedliwia 9. miejsce na wspomnianej liście Times'a. Polecam wszystkim.
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Dexter i Californication - end of season
No i się nam część seriali pokończyła. Szkoda, szkoda, szczególnie Dextera. Czas jednak na małe podsumowanko. Będą spoilery - żeby nie było, że nie ostrzegałem ;)
Dexter miał bardzo solidny sezon trzeci. Było równo, interesująco i wciągająco. Kolejny raz podkreślę, że to dla mnie bezkonkurencyjny obecnie serial, na którego każdy odcinek czeka się z wytęsknieniem. Niestety troszkę się w najnowszym sezonie przeliczono z czasem. Twórcy zawiązywali akcję tak długo (ale, trzeba to podkreślić, ciekawie), że chyba nagle obudzili się z ręką w nocniku, mając 4 odcinki do końca, w czasie których trzeba całą intrygę jakoś rozwiązać. Stąd wyraźny pośpiech w końcówce i naruszenie tempa całego sezonu.Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby scenarzyści nieco się postarali i wysili na jakieś inteligentne/zaskakujące zwroty akcji. A tu dupa - konfrontacja Dextera z Miguelem Prado, zamiast pojedynku dwóch przebiegłych (i morderczych) lisów, to kolejna, wypruta z emocji egzekucja wykonana przez Dexa. W przypadku Skinnera tymczasem przegięto w drugą stronę, robiąc z Dextera łamiącego sobie łapy Rambo i całą finałową sekwencją ostro nadwyrężając tolerancję widza na głupoty.
Szkoda, choć to pokazuje, że 12 odcinków to może być nieco za mało na sprawne poprowadzenie intrygi. Ogólnie sezon trzeci przez cały czas ostrzy apetyty na wyśmienitą końcówkę, po czym rzuca na pożarcie padlinę. Nieco się boję, że prawdziwy kryzys przyjdzie wraz z sezonem czwartym.
Californication z kolei począwszy od pierwszego odcinka drugiego sezonu staczał się w błyskawicznym tempie po równi pochyłej, prosto w otchłań bezsensownych seksualnych ekscesów i łamania kolejnych tabu. Za krzty fabuła nie ma już tu sensu, ni żadnej celnej obserwacji nawet. Ot, jazda od jednej głupiej sceny do drugiej. Końcówka nie wniosła tu żadnej zmiany, poza lekkim wrażeniem, że autorzy chyba zdali sobie nieco sprawę, że przeholowali i serial im się wyrwał spod kontroli. Wiele jednak z tego nie wynikło (nieco mnie seksu, więcej fabuły), do tego na sam koniec jesteśmy w dość nietrzymający się kupy sposób informowani, że Karen w następnym sezonie nie będzie. Tak więc Hank sam, z córą i Kalifornią pełną myszek nie zbrukanych jeszcze jego, zapewne niejedno świństwo już przenoszącym ptaszkiem - ja chyba sobie odpuszczę.poniedziałek, 3 listopada 2008
Serialowy pół(ćwierć)metek
Regularnie oglądam kilka seriali, co jakiś czas próbuję czegoś nowego, o czym jest aktualnie głośno. Serialowy sezon trwa w najlepsze. Odcinków nowej serii była już chyba wystarczająca ilość, by pokusić się o wstępną ocenę trwającego sezonu. Na koniec kilka słów o tytułach, którym dawałem w ostatnim czasie szansę – jednemu się udało, innym nie, uzasadnię dlaczego.
Wciągający, stojący na dobrym poziomie i posiadających wyrazistych bohaterów serial to prawdziwy skarb, który daje wielokrotnie więcej radochy (do tego rozłożonej w czasie) niż nawet porządny rozrywkowy film. Problem z oceną seriali jest jednak taki, że odbieramy nowy sezon przez pryzmat poprzednich. A że utrzymanie formy przez 3-4 sezony to wielka sztuka, widzimy na przykładzie niemal każdego tytułu. Dlatego kolejną serię niezłego tytułu, choć na tle innych seriali jest obiektywnie dobry, możemy oceniać źle właśnie dlatego, że nie dorasta do pięt poprzednikom. Zachęcam więc do komentowania – z pewnością nie wszyscy się ze mną zgodzą. A jeżeli znacie tytuł warty poświęcenia tej godziny tygodniowo – czekam na propozycję
Californication
Recenzję pierwszego sezonu zamieściłem swego czasu na tym blogu. Californication wywarło na mnie ogromne wrażenie lekkością, dystansem, humorem i świetnym przedstawieniem relacji między parą bohaterów. Więź łącząca Hanka (David Duchovny) z jego byłą partnerką Karen (Natascha McElhoe) była wręcz namacalna – coś rzadko oglądanego nawet w wielkich filmach, tu udawało się mimochodem. Tyle, że dwunastoodcinkowy serial stanowił pewną zamkniętą całość. Ewentualny ciąg dalszy, by mieć rację bytu musiałby opierać się na nieco innej formule. Tymczasem autorzy wyszli z założenia typowego dla wielu twórców sequeli – dajmy widzom to, co podobało się w części pierwszej, ale pomnożone wielokrotnie i podane w jeszcze bardziej efektownej formie. Oczywiście dzieje się to zazwyczaj kosztem innych części składowych pierwowzoru, które w równym, jak nie większym stopniu decydowały o jego sukcesie.I tak drugi sezon Californication jest jeszcze bardziej zboczony, szokujący i przepełniony seksem niż sezon premierowy. Pełno tu golizny, obscenicznych scen i momentów, których zadaniem jest tylko bycie kontrowersyjnymi. To co było ciekawym i świeżym uzupełnieniem głównego wątku poprzedniej serii, tu wyszło zdecydowanie na plan pierwszy. Ofiarą tego padło najważniejsze – sens serialu. Ponieważ próba ułożenia sobie wspólnego życia przez Hanka i Karen raczej kontrowersjom nie sprzyjała, twórcy więcej miejsca zaczęli poświęcać znajomym bohaterów przekształcając ich postaci w wiecznie zaćpane i myślące tylko o seksie kukły. Kiedy i ta formuła się wyczerpała (wystarczyły na to cztery odcinki), zrobiono zwrot w akcji właściwie sprowadzając ją do punkty wyjścia całego serialu. Wszystko po to, by dalsze ekscesy Hanka miały uzasadnienie. O ile siłą napędową pierwszego sezonu była próba poradzenia sobie Hanka ze stratą Karen i walka o jej odzyskanie, tak tu właściwie nie ma nic, co mogłoby taki ciężar pociągnąć. Ot przechodzenie od jednej głupiej sceny do kolejnej, od czasu do czasu z przerwą na naprawdę fajny moment. Jeżeli tak ma wyglądać cała seria, na następny sezon najzwyczajniej w świecie nie widzę już miejsca.
Dexter
W przypadku Dextera już do drugiego sezonu podchodziłem z rezerwą. O dziwo okazał się jeszcze lepszy niż sezon startowy. W takim razie trzeci sezon z pewnością dobry okazać się już nie mógł. A jednak!Autorzy serialu ponownie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Od razu rzuca się w oczy, że mieli pomysł, co dalej z losami Dextera począć. By uniknąć wtórności umiejętnie ograniczyli jedne wątki na rzecz innych, wprowadzili nowych, ciekawych bohaterów (świetny Jimmy Smits). Co jednak najważniejsze, nie popełnili też grzechu typowego dla innych wielosezonowych produkcji – chodzi mi o eksponowanie akcji kosztem psychologii postaci. W dalszym ciągu to świetnie wyreżyserowana i zagrana opowieść o seryjnym mordercy, który coraz lepiej radzi sobie z udawaniem życia szarego człowieka, co jednak przysparza mu nowych kłopotów. Podobnie jak dość niespodziewany sojusznik w jego poczynaniach, posiadający zresztą nie mniejsze niż Dexter problemy z samym sobą. Nie chcę spoilować akcji, dlatego ograniczę się do stwierdzenia, że Dexter to zdecydowanie najlepsze, co ma obecnie do zaoferowania amerykańska telewizja (przynajmniej z tego co widziałem) i chyba nie ma drugiego serialu, który trzymałby tak równą formę przez sezony. Zdecydowanie polecam, w serialowej klasyfikacji to mój number one.
Heroes
Serial o superbohaterach wydawał mi się głupi z zasady i musiałem usłyszeć/przeczytać dużo pozytywnych opinii zanim się za niego zabrałem. A jak już się zabrałem to nie mogłem się oderwać :) Pierwszy sezon był super – totalnie świeże i niekomiksowe spojrzenie na ludzi posiadających nadprzyrodzone moce. Drugi sezon niestety został mocno naznaczony strajkiem scenarzystów i kretyńskim wątkiem o przygodach Hiro w średniowiecznej Japonii. Mimo wszystko do sezonu trzeciego podchodziłem z optymizmem – mając gotowych i ciekawych bohaterów wystarczyło osadzić ich w ciekawej opowieści. A o taką w świecie supermocy przecież nietrudno, należało tylko zatrudnić sprawnego scenarzystę.Taki jednak najwidoczniej się nie znalazł. Przekombinowano i to znacznie. Zamiast ciekawej rozwojowej fabuły mamy kompilację kilkunastu wątków połatanych grubymi nićmi, przez co słabo trzymających się kupy i do tego zmieniających się jak w kalejdoskopie. Pojawia się nowa tajemnica, ledwo zaczniemy myśleć, o co tu chodzi, a już dostajemy jej rozwiązanie połączone z kolejną nowością. I tak w kółko, bez ładu i składu, w formie przypominającej dziwaczny serialowy teledysk. Za dużo tu atrakcji, za mało sensu. Wszystko to powoduje, że właściwie nie można się zaangażować w opowiadaną opowieść, a kolejne zwroty akcji wita się najwyżej obojętnym ziewnięciem. Szkoda, szkoda, bo naprawdę ten serial to materiał na rozrywkowy hicior. A tak z każdym kolejnym odcinkiem noszę się z zamiarem rzucenia Heroesów, tak jak swego czasu przerwałem oglądanie Prison Breaka. Pewnie do końca sezonu dotrwam, ale bardziej z przyzwyczajenia i sympatii do postaci niż faktycznej wartości serialu.
Zresztą chyba nie tylko ja mam takie zdanie o nowych Hirołsach, bo dopiero co wywalono głównych producentów serialu - trzymającym kasę nie podobał się kierunek w jakim zmierzał. I dobrze, niech spadają.
Gotowe na wszystko
Sezon czwarty Gotowych kończył się krótką sceną przedstawiającą nasze bohaterki po pięciu latach od oglądanych wydarzeń. Średnio mi się ta wizja podobała, miałem więc nadzieję, że to tylko taka ciekawostka, a nie zaczyn do sezonu piątego. Myliłem się.Tak więc oglądamy wydarzenia po pięciu latach. W życiu desperatek sporo się zmieniło, ot chociażby Gabrielle urodziła dwa pulchne potworki, Susan nie jest już z Mike’m, a Bree z kury domowej stała się kobietą sukcesu. Nie byłem przekonany do tego pomysłu, ale już pilot nowego sezonu pokazywał, że to zmiana w dobrym kierunku, działająca ożywczo na cały serial. W gruncie rzeczy to stare dobre Gotowe na wszystko, wcale nie gorsze od wcześniejszych odcinków, co w przypadku piątego sezonu wydaje mi się dużą sztuką. Mało tego, w pewnych elementach nawet poprzednie sezony przewyższa. Sezon premierowy wybił się na łączeniu wątku sensacyjnego (będącego jednocześnie przewodnim) z typową satyrą obyczajową. Ten wątek sensacyjny był potem powielany w każdym sezonie, zazwyczaj z miernym skutkiem. A tu proszę - ma on wreszcie sens i nawet wciąga. Brawa, polecam.
Scrubs
Scrubs (czy jak chcą polscy spece od tytułów - Hoży doktoży) ma już całą masę sezonów. Ja zabrałem się do serialu niedawno, przetrawiłem sezon pierwszy i jest fajnie :) Bezkompromisowa, zakręcona jak rondo w Będzinie komedia, pełna surrealistycznych gagów. Nie każdemu ten typ humoru będzie odpowiadał, sam musiałem się przyzwyczaić, ale jak już się przywyknie to jest git :) Taki 20-minutowy odstresowywacz. Warto poznać.Fringe
Zapowiadany szeroko nowy serial JJ Abramsa miał wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Widziałem pilot i zmiotłem go szybko do twardzielowego kosza. Jest tajemnica, są nadprzyrodzone moce, spiski i inne atrybuty poX-filesowe. Nie ma jednak za krzty sensu i napięcia. Tak złego pilota chyba jeszcze nie widziałem. Trzeba naprawdę mieć duże zaparcie, żeby włączyć po nim drugi odcinek. Ale jak twierdzi kolega m010ch na swoim blogu (http://m010ch.blogspot.com/2008/10/szau-nie-ma.html), ponoć potem się rozkręca i ogólnie zacisnąć zęby warto. Chyba jednak dam sobie spokój, ewentualnie powrócę do Fringe, jak inne seriale się pokończą.Podsumowując:
Jest średnio na jeża. Świetny Dexter, niezłe Gotowe, dołujący coraz bardziej z każdym odcinkiem Californication (no scena przy kręceniu Vaginatown to już dla mnie przegięcie), totalnie wyrwani spod kontroli Heroesi i na deser niezłe Scrubs - szału nie ma. Ciekawe czy Lost, który przecież niebawem nadejdzie, będzie dalej pikował w dół, czy jednak nieco się podniesie?
wtorek, 24 czerwca 2008
Californication

Hank Moody (David Duchovny) to ironiczny, sarkastyczny pisarz, mający wszelkie konwenanse w głębokim poważaniu. Bywa chamski, nieprzyjemny, ale jest też uroczo rozbrajający. Lubi wypić, pali i nie stroni od narkotyków. Kobiety za nim szaleją, a on szaleje za nimi - można powiedzieć, że jest uwarunkowany na wydupczenie wszystkiego, co się nawinie i wygląda w miarę ok. Jego podejście do życia dobrze obrazuje tytuł jego największego bestselleru - "Bóg nienawidzi nas wszystkich" - książki, dzięki której na stałe wpisał się w panteon najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich i której podła ekranizacja przyniosła mu solidne dochody. Od długiego czasu nic kompletnie jednak nie stworzył i musi dorabiać pisaniem bloga, dokładając swoją cegiełkę do tworzącej się "kultury" Internetu, której nie znosi.
Hank to jednak nie kolejny zepsuty sławą i pieniędzmi produkt przemysłu rozrywkowego. To człowiek na życiowym zakręcie, walczący o odzyskanie swojej wieloletniej partnerki Karen (Natasha McElhone), w której ciągle jest zakochany, a która wkrótce ma wyjść za ułożonego, odpowiedzialnego i nudnego potentata prasowego, kogoś będącego całkowitym przeciwieństwem Hanka. Becca, córka Karen i Hanka, to druga kobieta, którą Moody kocha nad życie i dla której jest naprawdę dobrym, choć często niesłownym, ojcem.
Tak w skrócie wygląda podłoże fabuły serialu Californication. Niby nic oryginalnego, jednak z tego materiału udało się wydobyć w ciągu dwunastu 25-minutowych odcinków tyle treści, że spokojnie można by obłożyć nimi kilka hollywoodzkich hitów. Inteligentny, cięty jak cholera humor, pełen przekleństw język, ociekająca seksem atmosfera ze śmiałymi, momentami wręcz bluźnierczymi scenami erotycznymi, przy jednoczesnym znakomitym ukazaniu procesów regulujących związki partnerskie, przyjacielskie i wyraźnym prorodzinnym przesłaniu - taki misz-masz mogliśmy zobaczyć co najwyżej w komediach Kevina Smitha, Californication to jednak całkiem inny poziom, o którym niezłe poniekąd produkcje Smitha mogą tylko pomarzyć.
Californication nie byłoby jednak w połowie tak dobre, gdyby nie znakomity duet aktorów. Duchovny i McElhone grają rewelacyjnie, z łatwością tworząc między Hankiem i Karen wyczuwalną przez widza więź. Ukazanie naprawdę skomplikowanej relacji w sposób często pozbawiony słów to prawdziwe mistrzostwo, rzadko widziane w serialach. Ten pełny uczuć, wzajemnego przyciągania, lat wspólnych doświadczeń i rozczarowań związek jest siłą napędową każdego epizodu. Po roli Hanka widać, jaka krzywdę karierze Duchovnego wyrządziło zbyt długie granie w The X-Files i późniejsze utożsamianie go z Foxem Mulderem. Mam nadzieję, że Californication otworzy nowy etap na jego aktorskiej ścieżce.
Dexter, Californication, nie sądziłem, że nadejdą czasy, w których seriale, przez lata utożsamiane z niezbyt wyszukaną formą spędzania czasu, staną się synonimem rozrywki ambitnej, odważnej, pełnej pasji i wizji, gdzie świeże, dobre pomysły są mile widziane, a schematy omijane szerokim łukiem. Ale to już temat na całkiem inną historię ;-)
Jedyna zauważalną wadą Californication jest fakt, że na razie powstał tylko pojedynczy dwunastoodcinkowy sezon. Na szczęście już wkrótce rozpocznie się emisja sezonu drugiego. Mam nadzieję, że wzorem Dextera, będzie jeszcze lepszy.
Moja ocena:
9,5/10
środa, 4 czerwca 2008
Lost 4x12, 4x13 i 4x14 - Finał sezonu!!

[Spoilerów brak;)] Zagubionych darzę sporym sentymentem. Biorąc jednak pod uwagę ogólną kondycję czwartej serii (temat ten poruszałem przy okazji opisu wcześniejszych odcinków), nic wielkiego po finale nie oczekiwałem. I faktycznie, jest on do dokładnie taki, jak można się było spodziewać - po prostu przeciętny.
Trzeci sezon także nie był najwyższych lotów. Tam nie najlepsze wrażenie zatarto dzięki rewelacyjnym epizodom końcowym. W czwartym sezonie nie było to już takie proste - znamy przyszłe losy większości bohaterów, wiemy kto przeżyje, domyślamy się kto zginie. Choć twórcy próbują serwować niespodzianki, to już nie ten ich kaliber, by z napięciem gapić się w ekran monitora. W efekcie mamy chyba najnudniejszy finał w historii Losta (co wcale nie znaczy, że jest nudno - po prostu poprzednicy wysoko zawiesili poprzeczkę).
Inny problem, to zbytnia moim zdaniem przesada i brak konsekwencji we wprowadzanych wątkach sci-fi. Choć nie dla wszystkich musi to być wadą, to mnożące się drobne "nielogiczności" rzucą się jednak w oczy chyba każdemu. Lost nigdy nie należał do seriali mocno osadzonych w realiach praw logiki i rachunku prawdopodobieństwa (choćby nieustające przypadkowe wpadanie na siebie bohaterów pośród wielkiej dżungli), taka jednak była przyjęta konwencja i to nie przeszkadzało. Stosowana jednak w ostatnich epizodach liczba nierealnych "uproszczeń" była już niestety za duża - wyraźnie widoczny był pośpiech w kręceniu odcinków powstałych po strajku scenarzystów.
Finał czwartego sezonu jest niezły, tylko niezły. Poczucie niedosytu pozostało, potęgowane jeszcze obawami o klimat kolejnych epizodów, których akcja będzie rozgrywała się w większości poza wyspą. Lost ma jednak coś takiego w sobie, że nawet po słabym odcinku czeka się na kolejny, więc wiernym widzem pozostanę:)
środa, 28 maja 2008
Gotowe na wszystko 4x16 i 4x17 - Finał sezonu!
No i Gotowe nam sie pokończyły. Chętnie bym się podzielił informacjami co i jak, ale ponieważ to odcinki finałowe, postanowiłem nie zamieszczać żadnych spoilerów, żeby nie psuć zabawy nieoglądającym serialu na bieżąco.
Nikt chyba nie będzie miał jednak pretensji, jeśli zapewnię, że 4 sezon kończy się godnie. Już kilkukrotnie wskazywałem na wysoki poziom Gotowych w poprzednich odcinkach. Ostatnie dwa epizody także nie zawodzą. Mało tego, rozwiązanie wątku "sensacyjnego" jest moim zdaniem dużo lepsze niż we wcześniejszych dwóch sezonach i wreszcie ładnie wiąże się z losem przyjaciółek z Wisteria Lane.
Nieco mieszane uczucia mam tylko do końcowych fragmentów 17. odcinka (kto oglądał, wie o co chodzi). Mam nadzieję, że autorzy nie pójdą tym tropem w przyszłości, uznając, że dotychczasowa forma serialu wyczerpała swój potencjał. No nic, pożyjemy zobaczymy. Tymczasem zacieramy ręce w oczekiwaniu na finał Losta. Obym mógł o nim napisać równie pozytywną notkę.
piątek, 16 maja 2008
Gotowe na wszystko 4x14 i 4x15
Gotowe na wszystko, podobnie jak Lost, zmierzają żwawym krokiem ku końcowi czwartego sezonu. Oglądając ostatnie epizody nie czuć jednak jeszcze atmosfery zbliżającego się finał. Ich tempo jest niespieszne, pojawiają się nowe wątki, inne się komplikują - ot, charakterystyka typowa raczej dla środkowych odcinków sezonu. Najważniejsze jednak, że od epizodu 4x12 poziom prezentowany przez serial stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie i ogląda się go z przyjemnością.
Niestety sprawdzają się moje przypuszczenia o nadchodzącej eliminacji z Gotowych Orsona Hodge'a. Po tym jak Bree wyrzuciła go z domu, przygarnęła go Edie. Skończyło się to źle zarówno dla samego Orsona, jak i dla tej wkurzającej blondynki.
Lynette jest terroryzowana przez przygarniętą córkę Toma. Mała jest naprawdę niezłym przeciwnikiem, z powodzeniem mogłaby grać w kolejnym remake'u Omenu czy Laleczki Chucky ;) Z kolei Gabrielle i Carlos muszą współpracować z policją w sprawie współlokatorki-dealerki. No i nadeszła epokowa chwila dla Susan, która będzie miała szansę ponownie nie sprawdzić się jako matka.
Pomijam celowo "przewodni" wątek tego sezonu, a więc tajemnice związane ze z postacią Katherine i jej córką. Choć scenarzyści wreszcie zaczęli nieco bardziej go szlifować, w dalszym ciągu czuć, że dodany został do serialu na siłę, tylko po to, by utrzymać schemat akcji zapoczątkowany w 1. sezonie (codzienne życie bohaterek ze zbrodnią sąsiada w tle).
Tak więc miłośnicy Gotowych będą usatysfakcjonowani, a tym, którzy serialu nie znają, powyższy opis pewnie skojarzy się z Modą na sukces albo Klanem:) Błąd - Gotowym na wszystko naprawdę warto poświęcić te 3 kwadranse tygodniowo (albo i dużo więcej, jeżeli ogląda się zakończone już sezony).
sobota, 10 maja 2008
Lost 4x10 i 4x11
Zagubieni przyspieszają i równym krokiem zmierzają ku finałowi czwartego sezonu. Choć na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, jedno jest pewne - obecny sezon będzie najbardziej "wykręconym" w historii serii. Zamiast zacząć powoli wyjaśniać zagadki, by zakończyć efektownym cliffhangerem, autorzy mnożą tajemnice na potęgę. Mamy więc coraz silniej przeplatający się świat żywych i zmarłych (gdzie ci drudzy, a konkretnie ojciec Jacka, odegrają chyba decydującą dla fabuły rolę) oraz kolejne odwołania do dziurawej jak sito (na razie przynajmniej) teorii o "przesunięciu" w czasie wyspy względem reszty świata.
Hmm mam wrażenie, że ktoś traci tu panowanie nad scenariuszem. Nawet jeżeli to tylko mylne odczucie (autorzy wielokrotnie potwierdzali, że główny wątek mają kompletny do 6 sezonu włącznie), to obawiam się, że braknie odcinków, by należycie wszystko przedstawić. Obecnie Lost przekroczył granicę "ogarnialności" - snucie domysłów "o co w tym wszystkim chodzi?", które tak przyjemnie wpływały na odbiór wcześniejszych sezonów, teraz jest właściwie bezcelowe. Sezony 1-3 były dość mocno osadzone w rzeczywistości, a wyspa i zjawiska paranormalne dodawały aury tajemniczości. Sezon 4 skręcił niestety niebezpiecznie w stronę kiepskiego sci-fi, gdzie science jest zdecydowanie mniej niż fiction.
10 odcinek był udany. Jack dostaje ataku wyrostka, widać wyspa go już nie lubi. Juliette czeka ciężka operacja w dość spartańskich warunkach. Odżywają uczucia między Jackiem a Kate, a losy ich związku są fajnie przedstawione w future flashbackach. Trzeba przyznać, że Matthew Fox I Evangeline Lilly ładnie potrafią odegrać wzajemne emocje. To co mi się podobało w tym epizodzie, to fakt, że przypominał odcinki z 1. czy 2. sezonu - niespieszne tempo oraz skupienie się na charakterach, a nie wydarzeniach.
W kolejnym 11. odcinku mamy z kolei wyraźne podgrzewanie klimatu przed nadchodzącą konfrontacją żołnierzy ze statku a mieszkańcami wyspy. Nie brakuje tu morderstw, a "rozwiązanie" jednej tajemnicy (gdzie jest Chatka?) prowadzi to natrafienia na kilka kolejnych (kim jest ojciec Jacka? Czy Claire to jego córka? W jaki sposób Locke ma przesunąć wyspę?). O dziwo w "retrospekcjach" nie oglądamy przyszłości ocalałych z lotu Oceanic Six, a dzieciństwo Locke'a - zdecydowanie najsłabszy element tego epizodu.
Szykuje nam się sporo akcji w nadchodzących tygodniach. Mam nadzieję, że twórcy wybrną obronną ręką z całego galimatiasu, jaki narobili.
Gotowe na wszystko 4x13
Kolejny dobry odcinek Gotowych. Cieszy fakt, że tendencja zwyżkowa widoczna w poprzednim odcinku nie była chwilowa. Fabuły nie zdradzam :)
To co jednak martwi to wyraźny zamiar pozbycia się z serialu Orsona. Grający tą postać Kyle MacLachlan, wbrew moim początkowym obawom, nieźle wpasował się w klimat Wisteria Lane. Niestety scenarzyści często zapominali o tej postaci, przez co ten nietuzinkowy aktor najzwyczajniej w świecie marnował swój talent. Zapewne w najbliższych odcinkach będzie miał kilka okazji do błyśnięcia, wszystko wskazuje jednak na to, że Bree ponownie zostanie sama. A szkoda, bo brak wyrazistych męskich bohaterów działa temu serialowi wyraźnie na szkodę. Mamy ślepego Carlosa, bezbarwnego Mike'a, ciapowatego Toma i... to by było na tyle...
A tak pięknie razem wyglądali :P
Po ostatnich dwóch odcinkach jestem mimo wszystko optymistą, co do końcówki 4 sezonu. Powinno być dobrze :) Epizod polecam.
Lost 4x09
Po dłuższej przerwie na ekrany amerykańskich telewizorów i polskich komputerów powrócili Zagubieni.
Nowy odcinek wyjaśnia kilka spraw (np. czemu w przyszłości Said będzie na usługach Bena), posuwa akcję do przodu, by w końcówce zagmatwać jeszcze bardziej obraz całej intrygi. Ogólnie jest spoko, choć bez rewelacji. Widać, że Lost nie może pozbyć się zadyszki, która trwa od końca drugiego sezonu.
Zabawę psują nieco totalne głupoty, jak Sawyer kryjący się przed seriami z karabinów za drewnianym stołem, czy Claire wychodząca z eksplozji całego domku nawet bez osmolonych włosów.
Chociaż dobrze, że nie schował się za tym płotkiem
Zaraz ze zgliszczy wstanie cała i zdrowa Claire :))
Lost mają jednak pewien kllimat, który sprawia, że na kolejne odcinki czeka się z niecierpliwością. Tak więc... czekamy :)
Gotowe na wszystko 4x12
Uff, ostatnio miałem tego serialu dość. Od odcinka o tornadzie spadł tak na psy, że chciałem już zarzucić jego oglądanie, podobnie jak zrezygnowałem z tracenia czasu przy Prison Breaku. Żona ma jednak spory sentyment do Desperatek, więc jak muss to muss.
Nie wiem, co powodowało taką obniżką formy Gotowych na wszystko po strajku scenarzystów. Zatrudnili nowego? Zmienili reżysera? Nie wnikam, ale różnica była olbrzymia. W 12 odcinku sezonu 4. najwyraźniej wraca stary scenarzysta/reżyser, a wraz z nim serial odzyskał starą formę. Znów jest inteligentnie, śmiesznie, bez scen typu Bree próbująca sprzedać tyłek syna za remont domu.
Mam nadzieję, że to niejednorazowy wyskok i Gotowe będą łagodzić nieco tęsknotę za serialem pokroju Dextera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

