sobota, 17 stycznia 2009

Lifting bloga



Właśnie spędziłem ponad 3h na dostosowaniu szablonu bloggera, na którym hulał mój blog do dzisiejszych standardów. Poszerzyłem bloga o 1/3, co wymagało załadowania nowych grafik, podzieliłem wpisy na kategorie (trochę się już ich zebrało i lista była mało przejrzysta) i dodałem listę blogów, która mam nadzieję będzie się poszerzać :)

Ponieważ nowe tła siedzą sobie na imageshacku, dajcie znać czy stronka nie ładuje się za długo - najwyżej przeniosę je na jakiś szybszy serwer.

Stylu graficznego nie zmieniałem, choć w pełni zadowolony z niej nie jestem - wszelkie komentarze mile widziany. Myślę też o dodaniu ramki wokół bloga. Jak macie linki do, gdzie są jakieś fajne (ale same ramki, a nie pliki graficzne całego tła z ramkami), to czekam na info:)

Miłego czytania!

wtorek, 13 stycznia 2009

Niezapomniane chwile w grach

W sumie dość przypadkowo trafiłem na całkiem stary już tekst na GameCornerze - Dlaczego kocham gry - 7 niezapomnianych chwil. No i tak mnie wzięło na wspominajki. W sumie czemu by nie zrobić własnej listy niezapomnianych chwil?:)

Trochę już lat na karku mam, przez co nazbierało się wiele wspomnień. Listę ograniczałem jak mogłem - wyszło naprawdę sporo pozycji, ale o poniższych po prostu wspomnieć musiałem. Kolejność w sumie dowolna, choć w zamyśle chronologiczna (nie tyle czasem powstania gry, co mojego z nią kontaktu). Pomijam pozycje na 8-bitowce, bo tu moja pamięć już zawodzi :)

1. Another World

Wrażenia, jakie robiło intro tej gry w 1991 nie zapomnę nigdy. 10-letni Leszczu siedział na wagarach u kumpla, któremu mamusia sprawiła piękną Amisię CD/TV i rozdziawiał z wrażenia usta za każdym razem, gdy widział ten piękny wektorowy świat. Początek gry - pijawki i czarna bestia - pamiętam, jakbym grał w to wczoraj. Nieśmiertelna klasyka.



2. Street Fighter 2

Gra, która rozpalała emocje dzieciaków, jak mało która w historii. Wydawała się niesamowita. To pierwsza uruchomiona przeze mnie pozycja na upragnionej Amidze 600. Ależ to była frajda walczyć Ryu i kręcić te wszystkie hadoukeny :D Żadna bijatyka później nie wzbudzała we mnie tyle emocji, nawet Mortal Kombat.




3. Sensible Soccer

Rewelacyjna piłka nożna z najlepszym chyba arkadowym stylem grania w historii. Na jej późniejszej wersji Sensible World of Soccer 95/96 spędziłem kilka ładnych lat gry, dochodząc do takiej wprawy, że angielskim 5-ligowcem po kilku sezonach wygrywałem Ligę Mistrzów i mistrzostwo Anglii, po drodze osłabiając jeszcze skład (względem początkowego), by było trudniej:)



4. Cannon Fodder

Jedna z najbardziej miodnych i najzabawniejszych strzelanek w historii. Widok wylatujących w górę ludzików bezcenny, podobnie jak nerwy przy przechodzeniu drugiej części tej gry.








5. Pinball Dreams

Świetny pinball, który zapadł mi jednak w pamięć głównie poprzez chwile spędzone przy tej grze (stół "westernowy") z moim ojcem. Nie pamiętam byśmy się wcześniej czy później bawili równie dobrze ;)








6. Wing Comander

Moja pierwsza oryginalna gra. Klasyczny symulator kosmicznego myśliwca. Ta muzyka, ten rozmach... Przeszedłem z zapartym tchem prawie łamiąc przy tym kilkukrotnie joystick, ciągnięty z całej siły, żeby statek kosmiczny skręcił szybciej :D Muzykę z sali z łóżkami dla załogi, gdzie zapisywało się stan gry, słyszę do dzisiaj:)


7. Turrican 3

Muzykę (zwłaszcza z podwodnego etapu) z tej banalnej w sumie strzelanki pamiętam do dziś. Wówczas absolutna rewelacja.







8. Flashback

Ech to była gra, spadkobierca Another World. Prezent pod choinkę od babci, prosto z giełdy (gra, nie babcia):D Przepiękna animacja i grafika. Napięcie w etapach na obcej planecie przebił potem chyba dopiero Alien vs Predator.






9. Dune 2

Prekursor RTS-ów, gra z niesamowitym klimatem oparta na chyba najlepszej powieści s-f ever. Tę muzykę, widok Devastatorów pożeranych przez sandworma i dźwięk płyt stawianych jako fundamenty pod budowle pamiętam do dziś. Od tamtych czasów nie ruszyłem na dłużej żadnego RTS-a.



10. Settlers

Pierwsza gra, w której wszystko żyło. Godzinami mogłem patrzeć na rosnące łany zboża, koszącego je rolnika, proces pieczenia z nich chleba itd. Gra do podziwiania. Uspokajało to niczym patrzenie na rybki w akwarium.





11. Lure of the Temptress

Chyba pierwsza porządna przygodówka, którą przeszedłem w całości. Reklamowana jako objawienie ze względu na prawdziwe AI bohaterów postronnych (sic!), które w praktyce ograniczało się do tego, że potrafili poruszać się między lokacjami. Gra totalnie liniowa, wymagająca wykonania wszystkich niemal czynności w określonej kolejności. Mocno przez to utknąłem i musiałem posiłkować się solucją. Mimo wszystko z jej przejścia byłem bardzo dumny :)


12. SuperFrog

Kultowa platformówka z zapierdalającą niczym odrzutowiec żabą. Produkcja Team 17 u szczytu formy. Rozkład niektórych etapów znam na pamięć.






13. Syndicate

Absolutny klasyk - rewelacyjny misz-masz wielu gatunków osadzony w świecie wyciągniętym niemal prosto z Blade Runnera. Nie wiem czemu, ale nie przypominam sobie bym próbował dłużej w nią grać bez cheatu na kasę... Pamiętam jakiś wywiad z Peterem Molyneux, który twierdził, że specjalnie usztuczniano dźwięk palących się ludzi, bo ten pierwotnie nagrany na potrzeby gry był zbyt realistyczny. Tak, wtedy ta gra porażała realizmem - przechodnie, samochody, żywe niemal miasta. Każdą z 50 bodaj misji przechodziłem po kilkanaście razy. Najbardziej zapadła mi w pamięć ta z Colorado, gdzie mieliśmy do dyspozycji ze 150 gapiów oglądających konwój aut z ważnymi osobistościami. Fajna jatka była :)


14. Alien Breed: Tower Assault

Gra na którą wydałem chyba wszystkie pieniądze zabrane na jedną ze szkolnych wycieczek. Kosztowała naprawdę sporo, więc moja rozpacz, gdy okazało się, że jedna z dyskietek jest uszkodzona, była olbrzymia. Nigdy nie odważyłem się jej wysłać do dystrybutora, a pudełko po niej leży gdzieś jeszcze w domu rodziców. Potem do tej kultowej strzelanki powróciłem już na pececie, ale było już na nią zdecydowanie za późno - Doom i Duke Nukem czekali ;)





15. The Manager

Marny i niesamowicie wolny w działaniu manager piłkarski, który pochłonął mnie na całe tygodnie. Wizualizacja meczów polegała na powtarzaniu kilku sytuacji, z których każda miała dwa warianty - strzeli/nie strzeli. Ileż ja na tym paznokci zjadłem próbując wykombinować co zrobić, by statsy zawodnikom nie spadały. Ale dzięki takiej zaprawie późniejsze Champinship Managery i Football Managery były dla mnie bułką z masłem.



16. Lotus III

Jedna z bardziej popularnych ścigałek na amigę (zawsze wolałem Jaguara XJ220 - to taka gra też) o bardzo dziwnym modelu jazdy. Takiej frustracji jaką wywoływały u mnie kolejne, totalnie beznadziejne próby ukończenia wyścigu w górach często w grach nie czułem - już za to tylko należy jej się uznanie. Wszystkie inne trasy przechodziłem z zamkniętymi oczami, tej jednej cholery nie mogłem.


17. Eye of the Beholder
Mój pierwszy prawdziwy RPG. Nigdy go nie ukończyłem, ale wrażenie jakie zrobiły na 12-latku te puste labirynty lochów pozostały do dzisiaj. Podobnie jak uwielbienie do role-play'i, choć niekoniecznie tych dungeonowatowych.





18. Hired Guns

Niesamowita gra, o bardzo ciężkim klimacie. Grając po zmroku naprawdę można było się ostro zestresować. Także nigdy nie ukończona, bo pirackie wersje posiadały nieprzyjemne zabezpieczenie, które wyskakiwało w pewnym momencie rozgrywki - trzeba było wpisać masę jakiejś gwiazdy, info na ten temat oczywiście w instrukcji, a instrukcji niet. Mimo tego, że wiedziałem, że jej nie ukończę, to grałem w to cholerstwo namiętnie.


19. Fallout 2

I zaczynamy okres pecetowy, jedną z najlepszych (jak nie najlepszą) gier w historii. Sugestywny postnuklearny świat, w którym każdy walczy o przetrwanie, niesamowicie dorosła wymowa, inteligentne dialogi i daleko posunięta nieliniowość - czego chcieć więcej? Do tego świetny model rozwoju postaci i ta otoczka retrofuturyzmu...

Drugą część przeszedłem nie widząc na oczy rok młodszego protoplasty. Przeżycie daleko bardziej intensywne niż najlepszy nawet film. Brak doświadczenia sprawił, iż stworzyłem postać o bardzo niskiej zręczności, a oparta na niej walka byłą dla mnie prawdziwą udręką. Do dziś pamiętam finałową potyczkę, z którą męczyłem się okropnie. Za te męczarnie odwdzięczyłem się Frankowi Horriganowi wielokrotnie, w tym raz zabijając go nawet w 1. turze (co jest nie lada wyczynem). Tak - Fallouta 2 ukończyłem kilka razy i ostatnio ponownie wrócił na ekrany mojego kompa, tym razem poszerzony o masę nowości dzięki modowi Restoration Project.

Zdecydowanie gra mojego życia :P Kocham wszystko co z Falloutem związane (soundtracku słucham do dziś), oprócz Fallouta 3 i Fallouta Tactics, które są wynaturzeniem serii.


20. Fallout

Pierwszą część Fallouta łyknąłem w ciągu jednego dnia, po tym jak ukończyłem F2. Głosu Mastera zapomnieć się nie da ("Join. Die"). Czy dziś może jakaś gra zapewnić takie przeżycia? Na rozpisce znalazł się ponownie jakieś 2 lata temu - Fallouty się nie starzeją i za każdym razem bawią równie dobrze.







21. Baldur's Gate 2

Pamiętam jak kiedyś włączyłem to, żeby sprawdzić jak wygląda - potem przez 2 tygodnie nie wychodziłem z domu :) Wszystko w tej grze lubię. Prawdziwy RPG, którego do dziś w klimatach fantasy nic nie pobiło. Ostatni, w którym walki miały prawdziwy taktyczny wymiar. Pokonanie smoka Firkraaga na wczesnym levelu, czy finałowa walka w Tronie Bhaala to jedna z najlepiej pamiętanych przeze mnie potyczek. Prawdziwa poezja, aż mnie znowu chcica na zainstalowanie Baldurka wzięła:)


22. Jagged Alliance 2

Nigdy przeze mnie nieukończony taktyczny shooter, choć spędziłem przy nim wiele wieczorów. Do dziś chyba nie powstało w tym gatunku nic lepszego (może ruski spadkobierca JA o zerżniętym z Hired Guns tytule wart jest uwagi? Grał ktoś?). Jedna z niewielu gier, w której można było poruszać się Polakiem o wiele mówiącej ksywce Steroid ;) Ależ on fragów mi natrzepał.


23. Quake 2

Quake 2 to dla mnie całe dziesiątki godzin spędzonych w kafejce internetowej (pozdro dla Szopy, Heńka i ówczesnej kafejkowej ekipy ;)), wydany majątek i dojście do całkiem niezłej wprawy. Pierwszy multi w jaki grałem na poważnie i przez wiele lat ostatni - aż do czasu pojawienia się Call of Duty 4.



24. GTA: Vice City
GTA III mnie gdzieś ominęło (grałem trochę u znajomych). Vice City to już była wkrętka na całego. Koszmarnego celowania, luzu i rewelacyjnego, tandetnego klimatu rodem z Policjantów z Miami się nie zapomina. Najfajniejsza chwila: przejście wyścigu, za który nagrodą był bodaj niezły klub nocny (nazwa misji - The Driver). Misja przez wielu uważana za nie do przejścia. Satysfakcja była wielka :)







25. Mafia

Gra cudo. Czeskim twórcom udało się przenieść na monitory komputerów świat jakiego tam jeszcze nie było - czasy prohibicji, z całą ich otoczką: cudowne samochody, stroje, muzyka. Fabuły nie powstydziłby się niejeden naśladowca Puzo. Jedna z najlepszych gier jakie powstały. Mam nadzieję, że wychodząca w tym roku Mafia 2 spełni lata oczekiwań na przynajmniej coś równie dobrego.



26. Arcanum

Niedoceniany i nieco momentami niedorobiony Role-Play twórców Fallouta z jednymi z najlepszych questów i masą odważnych pomysłów (udźwiękowienie gry za pomocą muzyki poważnej). To naprawdę oryginalny przedstawiciel tego gatunku, osadzona w steampunkowym świecie.



27. Thief 3

Rewelacyjna skradanka, gdzie bycie niewidocznym to często naprawdę jedyna droga do sukcesu. Etap w szpitalu dla umysłowo chorych wspominam do dziś, mocne przeżycie. Zresztą cała gra jest świetna i żadne Splinter Celle nie mają z nią w skradankowej kategorii szans.



28. Alien versus Predator 2

Jedna z najstraszniejszych gier w jakie grałem (misje człowieka). Słuchawki na uszy, dźwięk detektora ruchu (kto oglądał Aliens wie o co chodzi), ciemne korytarze i niemal palpitacja serca za każdym razem, gdy coś się pojawiało w pobliżu. Brr, świetna gra. Aż szkoda , że się tak zestarzała.







29. Planescape: Torment

To właściwie nie gra, to przeżycie. Jedyna w swoim rodzaju, fabułą zmiatająca wszystko co w kategorii gier powstało. Tu się więcej czyta niż porusza czy walczy, a to co się czyta, warte jest każdej nagrody. Cudowny erpeg, będący właściwie esencją tego, co przez nazwę Role Play Game należy rozumieć. Aż szkoda, że walki, inwentarz i kilka innych rzeczy nie dorównało poziomem sferze scenariuszowej. Ale wówczas mówilibyśmy o grze ideale. Niemniej Bezimienny zawsze będzie moim ulubionym bohaterem.




30. Prince of Persia: Warrior Within

Jak dla mnie najlepsza część Księcia, gdzie skakanie i użynanie głów w akompaniamencie metalowej muzyki to czysta poezja. Ładunek miodności jest tu niesamowity. Nie rozumiem czemu z najnowszego Prince of Persia zrobiono jakiegoś metroseksualnego dupka, który nawet zginąć nie może:( Przepadnijcie casuale!







31. Call of Duty

Nigdy nie skumałem zachwytów nad Medal of Honor: Allied Assault. Dla mnie pierwszą grą, która faktycznie dała mi namiastkę tego jak może się poczuć żołnierz na wojnie był Call of Duty. Początek gry, idziemy samotnie, tradycyjnie łupiąc Niemców. Nagle nad naszymi głowami pojawiają się samoloty, z których skaczą dziesiątki naszych towarzyszy i zaczyna się szturm. Szturm, w którym jesteśmy tylko jednym pośród wielu, nie żadnym superhero, a prawdziwym żołnierzem. Ależ to robiło wówczas wrażenie. Dziś to tylko marnie wyglądająca, zaskryptowana w banalny sposób sieczka.



32. Far Cry

To trzeba było zobaczyć, ta plaża, te drzewa, ta woda i jeszcze te ogromne mapy! Jezu, najpiękniejsza gra jaka powstała, nie wiem, czy kiedykolwiek inna gra swoim wyglądem zrobi na mnie równie wielkie wrażenie (Crysis nie zrobił). Wyprzedzała swoje czasy o jakieś 3 lata i wyglądała olśniewająco nawet w niskich dość detalach. Do tego była super miodna - oprócz rewolucji w grafice, przyniosła jeszcze rewolucję w AI przeciwników wnosząc ją na poziom, któremu nawet przereklamowany Crysis nie dorównał. Dziesiątki doskonałych fanowskich etapów a nawet całych kampanii sprawiły, że Far Cry nie znikał z mojego twardziela przez dobre 4 lata. Jak dla mnie najlepszy FPS w historii.


33. Football Manager (wszystkie części)

Gra opium. Zasysa jak odkurzacz. Jak bym miał wybrać jedną grę ma bezludną wyspę, to byłby właśnie FM. Nic nie smakuje w świecie gier tak, jak robienie z kopciuszka potęgi światowej, nic nie daje większej satysfakcji niż wygranie z Wisłą na wyjeździe z MU. Gra dla maniaków.








34. S.T.A.L.K.E.R.

Cholernie niedorobiona rosyjska produkcje przenosząca nas w rejony Czarnobyla. Ale za ten klimat i liczbę zjeżonych na głowie włosów, gdy przedzierałem się nocą w burzy przez dzikie tereny lub z wyjątkową łatwością generujące poczucie lęku podziemia, Stalkerowi miejsce na tej liście się należy. Polecam.







35. Wiedźmin

Polska produkcja. Ale nie przemawia przeze mnie wcale patriotyzm, gdy piszę, że to zdecydowanie jedna z najlepszych gier w jakie grałem. Choć niepozbawiona wad, to wybory jakich musimy tam dokonać, wykreowanie świata gdzie wszystko różni się co najwyżej odcieniem szarości, a biel i czerń nie istnieją, to prawdziwy majstersztyk. Do tego ta fabuła, coś niesamowitego - nie mogłem dojść do siebie przez wiele minut po zakończeniu gry. Kto nie grał, niech nie grzeszy już więcej i leci do Empika;)




36. Half Life: Episode Two

Wcale wielkim miłośnikiem Half_life'a nie jestem. HL2 jest owszem niezły, ale w starciu ze swoim ówczesnym przeciwnikiem Far Cry'em nie ma szans. HL2: Episode One to już w ogóle odcinanie kuponów, bez pomysłu na poprowadzenie akcji. Z Episode Two miało być podobnie, a wyszedł chyba najbardziej wzruszający FPS w historii. Końcówki i sceny z ojcem Alyx nie zapomnę jeszcze długo. Choć graficznie gra się mocno już posunęła, to w 2007 roku pokonała dla mnie wszystkich konkurentów w gatunku, nawet Bioshock i Crysis.

37. Call of Duty 4

Początkowo mnie odrzuciła. Po przejściu 5-6 etapów machnąłem ręką na tego zaskryptowanego gniota. Potem do niego wróciłem przeżywając jedne z najbardziej intensywnych chwil przed kompem. Zwroty akcji, bomba atomowa i niesamowita końcówka - wszystko to właściwie nie pozwalało uwierzyć, że to tylko gra, a nie wysokobudżetowe kino.

A potem przyszedł czas na multi. No i mnie zassało. Najpierw się dziwiłem, jak to możliwe, że ja, taki wyjadacz, tak słabo sobie radzę (zerowy stosunek fragów do własnych zejść był osiągnięciem). Z czasem było coraz lepiej, aż przyszedł czas, że nieraz jestem dwukrotnie lepszy od drugiego w kolejności gracza i zostałem zaproszony do klanu z własnym serwerem (pozdro dla ekipy |AO|). No i odkąd gram w CoDa na multi, to nie ma czasu na żadne inne gry. Nawet GTA IV przechodzę już miesiąc (polecam).

Podsumowanie:

Nieźle się całość rozrosła. Ale 20 lat grania to kawał życia i trochę się tego nazbierało. Jak ktoś ma ochotę pokomentować - zapraszam, pewnie każdy ma swój zestaw niezapomnianych chwil spędzonych z grami :)

wtorek, 6 stycznia 2009

Burn After Reading / Tajne przez poufne




Bracia Coen potrafią być bez wątpienia genialni. Fargo to ścisła dziesiątka moich najbardziej ulubionych filmów, Big Lebowski wymiata, a Barton Fink (za którym osobiście nie przepadam) przyniósł im Złotą Palę w Cannes. Niestety XXI w. przyniósł dość dramatyczny spadek ich formy. O ile Człowieka, którego nie było dało się z przyjemnością oglądać, to poziom Okrucieństwa nie do przyjęcia, czy Ladykillers był po prostu... nie do przyjęcia ;)

Kiedy spisałem ich już raczej na straty, to w 2007 roku wyskoczyli z doskonałym To nie jest kraj dla starych ludzi. Film zasługiwał na wszelkie nagrody, choć robota Coenów wydała mi się znacznie mniej warta docenienia w momencie przeczytania książki Cormaca McCarthego, której to film jest adaptacją. Książka ta jest niemal gotowym scenariuszem, zaadaptowanym przez braci w skali praktycznie 1:1 (nieco zmieniona końcówka). Niemniej, choć zadanie nie było takie trudne, jak się mi pierwotnie oglądając film wydawało, to obraz ten jest naprawdę świetny.

Rok później Coenowie, wykorzystując ponownie nakręcony hype na ich nazwisko, zaatakowali przewrotną komedią w doskonałej obsadzie - Tajne przez poufne. Oczekiwania były z pewnością mocno podkręcone i nie da się ukryć, że film ich nie spełnia. Klimatem nawiązuje raczej do wymienionych przeze mnie shitów made by Coen brothers plus tempo rodem z Bracie, gdzie jesteś?; na szczęście poziomem znacznie wszystkie je przewyższa. Co prawda do Big Lebowskiego to jeszcze lata świetlne, ale i tak ogląda się toto przyjemnie, wciąga, wkręca i bawi. A że ulatuje z główki godzinę po zakończeniu, to już całkiem inna sprawa.

Pitt, Malkovich, Clooney - każdy z nich ma tu swoje 5 minut i wykorzystuje je na maxa. Frances McDormand (prywatnie żona Joela Coena) po raz kolejny udowodniła swój talent, ale żeby zaraz nominować ją do Złotych Globów to lekka przesada. Gdyby nie oni, film straciłby znaczny procent swojej wartości i pewnie krytycy by go zjedli. A tak dzięki nim jest fajnie, bo wygłupiający się przed kamerą Pitt najzwyczajniej w świecie przyciąga uwagę bardziej, niż gdyby na jego miejscu posadzić anonimowego aktora. Podobny efekt można było zauważyć w Tropic Thunder, gdzie wygibasy Toma Cruisa wzbudzały wesołość głównie dzięki temu, że to był właśnie Tom Cruise.

Oglądać, czy nie oglądać? Oglądać - kupa fajnej zabawy. Choć nadzieje zawiedzione, to w całościowo branym dorobku braci Coen Tajne przez poufne wcale źle nie wypada. A w porównaniu do panujących w kinach komedii to już niemalże arcydzieło ;) Tak więc liczyliśmy na więcej, ale źle nie jest. Można polecić.

Moja ocena:
7,5/10


BTW. Powieśc Cormaca McCarthego To nie jest kraj dla starych ludzi zdecydowonie polecam. Jeszcze bardziej jednak namawiam do przeczytania jego najnowszej powieści - Droga. Jej lektura to zdecydowanie jedno z najintensywniejszych emocjonalnie przeżyć jakich może dostarczyć literatura. Zresztą nagroda Pulitzera mówi tu sama za siebie.

środa, 31 grudnia 2008

Flashbacks of a Fool




Dziwny film. Niby nic oryginalnego, niby nie mówi o niczym odkrywczym (a nawet, tak po prawdzie, to w dużej mierze mówi o niczym), a jednak ma w sobie taki klimat, że z zainteresowaniem ogląda się go do końca.

Bohaterem jest grany przez Daniela Craiga gwiazdor filmowy Joe Scott, mocno już zniszczony przez alkohol i narkotyki, do tego z karierą stojącą na skraju przepaści. Całkowicie odciął się od swojej przeszłości. Młodość spędził gdzieś w domku na skraju surowego angielskiego morskiego wybrzeża (?) - totalnie inny świat, do którego jednak zmuszony jest powrócić z powodu śmierci najlepszego, choć dawno niewidzianego przyjaciela. Jego śmierć to dla Joe zaproszenie do zatrzymania pełnego libacji pędu i przypomnienia sobie czasów sprzed uderzenia sodówy do głowy, kiedy wszystko, choć było prostsze, wcale się proste nie wydawało.

Ponad połowa filmu to tytułowe wspomnienia głupca, flashbacki z okresu dorastania. To one są właśnie największą siła filmu. Emanują specyficzną atmosferą, lekką mgiełką nostalgii z jaką zwykle myślimy o naszej młodości. Na to nakładają świetne, specjalnie przedłużane i ilustrowane znakomitą muzyką sceny ("randka" w domu sympatii Joe) - niby nic, a jaki klimat! Nieco gorzej jest z częścią "nieflashbackową", czyli tą, w której mamy okazję oglądać grymasy nowego Bonda. Strasznie mało skomplikowana, wręcz płaska jest postać dorosłego Joe. Brakuje tu ciągłości, jakiegoś wyraźnego uczucia, że ten egocentryczny gwiazdor to ta sama osoba, którą widzieliśmy scenę wcześniej jako dwudziestolatka.

Zresztą pod względem psychologicznym cały film nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia - postaci są raczej kliszowe, a te które wydają się najbardziej interesujące (właśnie sympatia Joe oraz jego przyjaciel), są ledwie naznaczone pełną niedopowiedzeń i mało wyraźną kreską. Uznałbym to za celowy, nawet genialny zabieg, bo przecież tak właśnie, w oparciu o kilka wydarzeń i związane z nimi uczucia, często pamiętamy osoby po latach. Mizeria portretów psychologicznych postaci "w czasie teraźniejszym" filmu świadczy jednak raczej, że reżyserowi/scenarzyście brakło po prostu umiejętności.

Film jest dokładnie tym, co sugeruje tytuł - mamy bogatego i sławnego głupca, mamy jego czarujące klimatem wspomnienia. Nie ma tu nic wartego dyskusji, czy rozpamiętywania, poza tym właśnie klimatem. To on wynosi tę w sumie przeciętną produkcję na poziom co najmniej dobrej. To on sprawia, że o filmie pamięta się długo, choć poszczególne sceny ulatują z głowy błyskawicznie. Na leniwy wieczór znakomita propozycja, ja kiedyś do niej powrócę.

Moja ocena:
7/10

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Dexter i Californication - end of season



No i się nam część seriali pokończyła. Szkoda, szkoda, szczególnie Dextera. Czas jednak na małe podsumowanko. Będą spoilery - żeby nie było, że nie ostrzegałem ;)

Dexter miał bardzo solidny sezon trzeci. Było równo, interesująco i wciągająco. Kolejny raz podkreślę, że to dla mnie bezkonkurencyjny obecnie serial, na którego każdy odcinek czeka się z wytęsknieniem. Niestety troszkę się w najnowszym sezonie przeliczono z czasem. Twórcy zawiązywali akcję tak długo (ale, trzeba to podkreślić, ciekawie), że chyba nagle obudzili się z ręką w nocniku, mając 4 odcinki do końca, w czasie których trzeba całą intrygę jakoś rozwiązać. Stąd wyraźny pośpiech w końcówce i naruszenie tempa całego sezonu.

Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby scenarzyści nieco się postarali i wysili na jakieś inteligentne/zaskakujące zwroty akcji. A tu dupa - konfrontacja Dextera z Miguelem Prado, zamiast pojedynku dwóch przebiegłych (i morderczych) lisów, to kolejna, wypruta z emocji egzekucja wykonana przez Dexa. W przypadku Skinnera tymczasem przegięto w drugą stronę, robiąc z Dextera łamiącego sobie łapy Rambo i całą finałową sekwencją ostro nadwyrężając tolerancję widza na głupoty.

Szkoda, choć to pokazuje, że 12 odcinków to może być nieco za mało na sprawne poprowadzenie intrygi. Ogólnie sezon trzeci przez cały czas ostrzy apetyty na wyśmienitą końcówkę, po czym rzuca na pożarcie padlinę. Nieco się boję, że prawdziwy kryzys przyjdzie wraz z sezonem czwartym.

Californication z kolei począwszy od pierwszego odcinka drugiego sezonu staczał się w błyskawicznym tempie po równi pochyłej, prosto w otchłań bezsensownych seksualnych ekscesów i łamania kolejnych tabu. Za krzty fabuła nie ma już tu sensu, ni żadnej celnej obserwacji nawet. Ot, jazda od jednej głupiej sceny do drugiej. Końcówka nie wniosła tu żadnej zmiany, poza lekkim wrażeniem, że autorzy chyba zdali sobie nieco sprawę, że przeholowali i serial im się wyrwał spod kontroli. Wiele jednak z tego nie wynikło (nieco mnie seksu, więcej fabuły), do tego na sam koniec jesteśmy w dość nietrzymający się kupy sposób informowani, że Karen w następnym sezonie nie będzie. Tak więc Hank sam, z córą i Kalifornią pełną myszek nie zbrukanych jeszcze jego, zapewne niejedno świństwo już przenoszącym ptaszkiem - ja chyba sobie odpuszczę.

wtorek, 16 grudnia 2008

Incredible Hulk




Nigdy nie zakumam czemu filmowcy spośród tylu superbohaterów upodobali sobie Hulka. Wielki, zielony, wnerwiony ogr jest czymś tak pociesznym, że naprawdę nie wyobrażam sobie obrazu, w którym przemiana w Hulka nie będzie wyglądać żenująco dziecinnie. Tutaj po prostu nic pomóc nie może.

Twórcy najnowszej ekranizacji tego komiksu zdawali sobie chyba z tego sprawę, postarali się więc wykorzystać wszelkie środki, by ich dzieło jednak jakąś estymę miało. Do roli biednego zmutowanego doktorka zatrudniono więc Edwarda Nortona (oj zaczyna się on na drobne rozmieniać ostatnio), a jego największego antagonistę gra niewiele mniej utalentowany Tim Roth. Długo też zwlekano z momentem pojawienia się bestii w pełnej krasie na ekranie. Najpierw mamy ciekawą scenę z oczu Hulka, a potem dużo czasu na przyjrzenie się Nortonowi. I trzeba przyznać, że film da się bez bólu w tych fragmentach oglądać. Od momentu jednak, kiedy widzimy przepoczwarzenie w zielonego olbrzyma po raz pierwszy, jest już z każdą minutą gorzej i gorzej, aż do dość groteskowej finałowej walki.

O ile w nowym Batmanie czy Iron Manie komiksowa otoczka nadaje filmowi atrakcyjności, tak tu odziera ona film z resztek wartości, zostawiając nas tylko z plastikowymi, zaskakująco sztucznymi efektami specjalnymi. Dzieje się dużo, ale nawet helikopter lecący na tle miasta rzuca się w oczy swoją nienaturalnością, a każde spojrzenie na twarz Hulka przypomina nam wyraźnie, że to tylko daleki krewny Shreka z pomarszczoną wyrazem złości mimiką. Pod względem efektów film tkwi momentami jeszcze w XX wieku. A ponieważ poza nimi niewiele ma do zaoferowania, całość wypada bardzo biednie.

Mimo wysiłków, by Incredible Hulk podążył trendem rosnącego poziomu komiksowych ekranizacji, tak naprawdę nie wyrasta on wiele poza poziom wcześniejszych Spidermanów czy X-Manów, gdzie akcja i efekty miały pierwszeństwo przed całą resztą. Szkoda talentu Nortona na takie filmy (Roth dla odmiany mógł sobie troszkę poszaleć) i w sumie szkoda też czasu, by je oglądać. Nie wątpię jednak, że miłośnicy komiksów będą bardziej przychylni względem Hulka. W końcu wystarczy sprytne końcowe zawiązanie wątku z Iron Manem, by wykupić u nich duży kredyt zaufania.

Moja ocena
4/10

sobota, 13 grudnia 2008

Lars and the Real Girl




Lars to dwudziestoparoletni chłopak mający dość poważne problemy psychiczne. Unika ludzi, nie lubi towarzystwa i wręcz cierpi fizyczny ból, gdy ktoś go dotyka. Ale ma też instynkt, który podpowiada mu, że jak nie możesz się zbliżyć do człowieka, to zbliż się do... lalki. Tytułowa real girl to piękny produkt przemysłu erotycznego. Blanka, bo tak nazywa ją Lars, zostaje przedstawiona światu całkowicie serio, jako upośledzona fizycznie misjonarka z Brazylii. Syntetyczno-ludzka tytułowa para zakochuje się w sobie bezgranicznie...;)

Brzmi idiotycznie? I poniekąd takie jest, ale o dziwo ten film to nie typowa komedia sytuacyjna (choć naprawdę zabawnych sytuacji tu nie brakuje) - to raczej komedio-dramat w klimacie skandynawskim. Właściwie, gdyby nie język angielski i częściowo znana obsada, to powiedziałbym, że to kolejna norweska czy duńska produkcja. Wszystko przypomina tu kino Północy Europy: śnieżna pogoda, mała zasypana wioska, mało atrakcyjni fizycznie ludzie, humor i pewien spokój oraz harmonia wyczuwane w powietrzu. Jedyne co każe pamiętać nam, że mamy do czynienia z kinem amerykańskim, to naiwna (choć ładnie wpisująca się w ten obraz) wiara w siłę zorganizowanej społeczności, gotowej się zjednoczyć bez mrugnięcia okiem, bez względu na to jak kretyńskie zadanie przed nią stoi.

Choć zdecydowanie nie takiego filmu się spodziewałem, to Lars and Real Girl bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Kilka razy można solidnie się pośmiać, kilka razy wzruszyć, całość jest naprawdę niegłupia i bardzo sympatyczna. Do tego Ryan Gosling w roli Larsa potwierdza swoją wszechstronność i nietuzinkowość. Brawo. Jedyne co może przeszkadzać, to ta naiwność i stosowanie uproszczeń, ale przecież to film o gumowej lalce, więc takie rzeczy są nie do uniknięcia.

Polecam ten film szczególnie lubiącym specyfikę kina skandynawskiego, ale i inni nie będą narzekać. Jak dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Przewrotne użycie atrybutu kultury niskich lotów w filmie dość szeroko czerpiącym ze zdobyczy psychologii wyszło nad wyraz dobrze, tworząc oryginalną, a przy tym łatwostrawną produkcję. Zdecydowanie coś , co warto mieć na płytce ;)

Moja ocena
8/10