niedziela, 8 lutego 2009

Revolutionary Road / Droga do szczęścia




Sam Mendes to dla mnie wyjątkowy reżyser, chociażby ze względu na to, że stworzył American Beauty - film zajmujący miejsce w pierwszej trójce moich ulubionych. Aż wstyd się przyznać, że oglądając Drogę do szczęścia nie miałem aż do końcowych napisów zielonego pojęcia, że to także dzieło Mendesa. W trakcie seansu przyszło mi jednak kilka razy do głowy American Beauty - to filmy tak naprawdę o tym samym, choć różnią się bardzo.

Męscy bohaterowie obu filmów nienawidzą swojej mało pasjonującej i rutynowej pracy, obaj swoją młodzieńczą spontaniczność zamienili na "dorosły" nudny schemat. Wszystko mające na celu zapewnienie materialnego bezpieczeństwa swojej rodzinie oraz spełnienie społecznego wizerunku odpowiedzialnego mężczyzny. Na tym jednak podobieństwa się kończą. W American Beauty postać grana przez Kevina Spacey potrafiła zrzucić jarzmo roli, w jaką wbiło go społeczeństwo i pochłonięta poszukiwaniem swojego miejsca w konsumpcjonistycznym świecie żona (Annette Bening). W Drodze do szczęścia role są odwrócone - to żona (Kate Winslet) jest tą, która uważa odrysowane od obowiązującego modelu życie na przedmieściach za pułapkę. Chce coś zmienić, chce się wydostać. Brak dojrzałości sprawia, że jedyne co przychodzi jej do głowy, to porzucenie wszystkiego i wyjazd do Paryża. Nawet udaje jej się namówić do wyjazdu męża (Leo DiCaprio), który ma serdecznie dośc wykonywania tej samej pracy, której tak nienawidził u swojego ojca. Perspektywa nagłego awansu i bardziej realistyczne spojrzenie na życie znacznie komplikują jednak wykonanie decyzji o wyruszeniu w ciemno do malowniczej stolicy Francji.

Mendes uwielbia zderzenie marzeń, wolności i poniekąd naiwności z twardą rzeczywistością, która narzuca nam łańcuchy, odziera nas z mrzonek, zmienia nas i wmawia cele, których realizacji nigdy wcześniej nie pragnęliśmy. W American Beauty Spacey potrafił z tym walczyć, znalazł harmonię i nawet tragiczny koniec zastał go z uśmiechem na ustach. On jednak wiedział dokładnie czego chce i czego nie chce. Bohaterowie Drogi do szczęścia wiedzą jedynie czego nie chcą, a brak przeciwwagi dla uczucia pustki nie może przynieść nic pozytywnego.

To, co jest najfajniejsze w nowym filmie Mendesa, to brak jednoznaczności. Choć uniformizację modelu życia (świetna scena z setką identycznie ubranych pracowników wysiadających z pociągu) zdecydowanie krytykuje, to bynajmniej nie wskazuje jawnego oporu jako czegoś odpowiedniego. Odrzucenie wypracowanych społecznie norm kończy się szpitalem psychiatrycznym nawet dla doktora nauk ścisłych. Nie jest sztuką postawić wszystko na jedna kartę i skazać się na społeczną banicję. Sztuką jest znaleźć odpowiedni kompromis (jak bohater American Beauty). Jeżeli jest on poza naszym zasięgiem, zaakceptowanie własnej roli i poddanie się jej i tak jest lepsze niż bezcelowa szamotanina. Pokazują to ostatnie sceny filmu, ciepło ukazujące wspierającą się młodą parę sąsiadów, którzy mimo iż zazdrościli bohaterom spontaniczności, wytrwali w ogólnie przyjętym kanonie.

A jaki jest sam film? Jego pierwsza połowa nieco mnie rozczarowała (chyba słyszałem wcześniej zbyt dużo pozytywnych opinii) - miewa dłużyzny i momentami razi łopatologicznością. Potem jest dużo lepiej. Dwie rzeczy bardzo się wyróżniają. Klimat jest duszny, czuć wręcz namacalnie pułapkę w jakiej znaleźli się bohaterowie i brak perspektyw na happy ending. Świetna jest też muzyka, naprawdę kawał dobrej roboty. Mendes ma chyba szczęście do soundtracków. Nazwiska aktorów mówią same za siebie, to gwaranty klasy, nigdy praktycznie nie schodzące poniżej wysokiego poziomu. Winslet wiek nieco nie służy i wygląda na znacznie starszą od młodzieniaszkowatego DiCaprio. Oboje są jednak wiarygodni i co najważniejsze - ich gra nie dominuje filmu, a ładnie się z nim komponuje.

Całość sprawia świetne wrażenie i zachęca do dyskusji. Choć American Beauty uważam za dzieło znacznie doskonalsze, to Droga do szczęścia powinna byc obowiązkową pozycją dla każdego kinomana. Mendes niemal dziesięć lat po swoim genialnym debiucie powraca do znajomego tematu i ponownie tworzy coś znakomitego. To naprawdę wielka sztuka.

Moja ocena:
8,5/10

wtorek, 3 lutego 2009

The Wrestler / Zapaśnik




Darren Aronofsky robił filmy nieszablonowe, eksperymentował z formą i treścią, potrafił tworzyć niepowtarzalne sceny oszałamiające widza siłą swojego przekazu. W końcu jednak przekombinował tworząc niestrawne, pełne new age'owskiej, nachalnej retoryki Źródło. Bardzo krytyczne przyjęcie tego filmu przez recenzentów i widzów było dla Aronofsky'ego niczym zimny prysznic. Chyba nawet zbyt zimny, bo całkowicie porzucił eksperymentowanie na rzecz sprawdzonych wzorców. Tak powstał Wrestler. Efekt - Złoty Lew w Wenecji i ogólne pochwały. Czy faktycznie jednak ten film jest aż tak dobry?

Scenariusz jest do bólu standardowy. Była gwiazda sportu, której blask dawno już przygasł, musi znaleźć sobie nowe miejsce w świecie. Starzejące się ciało, zrujnowane życie osobiste i poczucie własnej wartości budowane jedynie wokół ciągle reanimowanej kariery - wiele razy podczas seansu nasuwały mi się porównania chociażby do ostatniego Rocky'ego. Aronofsky z pewnością zdawał sobie z tego sprawę, dlatego, by nadać swojemu dziełu cech oryginalności, jego bohaterem uczynił wrestlera - zapaśnika, którego zadaniem jest nie tyle walczyć, co bawić gawiedź wyreżyserowanymi pojedynkami na ringu (i poza nim), pełnymi efektownych, ale markowanych ciosów.

"Sport" ten jest jednym z symboli głupoty przeciętnego amerykańskiego obywatela (poza USA wielką popularnością się nie cieszy), co w zderzeniu z poważnym potraktowaniem tematu daje ciekawy efekt. Aronofsky nie szczędzi zakulisowych szczegółów, potęgując wrażenie absurdalności wrestlingu. Jednocześnie zawodnicy ukazani są jak najbardziej serio, dzięki czemu mamy niecodzienny kontrast. Patrzenie na tych umięśnionych tatuśków budziło we mnie współczucie. Hermetyczny, naładowany sterydami świat i ulotne chwile chwały totalnie nie przygotowują ich na zmierzenie się z czymś tak codziennym, jak zawał. Zabrać im wrestling, a zostają z niczym - rodziny dawno już rozbili, pieniądze przećpali, a nic poza udawaną walką robić nie potrafią.

Zresztą nieubłagany wpływ czasu nie dotyka tylko bohatera, ale też jedyną bliską mu osobę - podstarzałą, choć ciągle jeszcze atrakcyjną striptizerkę, której częściej zdarza się już być obiektami drwin niż męskich uniesień. Niecodzienna to para - on wrestler o sypiącym się zdrowiu, ona striptizerka, która czuje, że czas zacząć się szanować. Oboje desperacko szukają fundamentu, na którym można by oprzeć nowy rozdział swojego życia. Strach i lata przyzwyczajeń nie są jednak przeszkodami łatwymi do obejścia.

Historia i sposób jej ukazania są proste, a patrząc na dorobek Aronofsky'ego wręcz prostackie. Choć wyciska on ze scenariusza naprawdę dużo, to mocno doskwiera tu wtórność i brak jakichkolwiek odkrywczych wniosków. Mniej więcej w połowie seansu zacząłem odczuwać, że ten w gruncie rzeczy niezły film jedzie tak naprawdę na aktorstwie. Marisa Tomei jako stripizerka jest świetna jak zawsze, ale prawdziwy show należy do Mickey'a Rourke'a. Kiedyś bożyszcze kobiet, dziś dziwaczne monstrum o twarzy rozjechanej przez czołg. Aronofsky umieścił go w roli jego życia - film wygląda wręcz, jakby był skrojony specjalnie pod niego. Od czasu Heatha Ledgera i jego Jokera żadna rola nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.

Wrestler pełny jest bólu i wiszącej w powietrzu tęsknoty - za sprawnością, urodą, seksapilem, nawet za latami 80 i rządzącą wówczas muzyką. Tempo jest niespieszne, klimat znakomicie budowany, dialogi dobre, a sceny przekonywujące (choć motyw z córką można bylo zrobić lepiej). Nawet wygibasy i prężenie się na ringu tych długowłosych, farbowanych i naświetlonych solarium mężczyzn pokazane są z pełnym szacunku i swoistej sympatii namaszczeniem

Gdyby jednak wyrzucić z planu Rourke'a, dzieło Aronofsky'ego byłoby filmem co najwyżej poprawnym i ciekawym głównie ze względu na nietypową dyscyplinę sportu. Z Rourkem historia zmagającego się ze światem i własnym ciałem zapaśnika wydaje się autentyczna i robi duże wrażenie. Złoty Lew dla tej produkcji to przegięcie, świadczące o wyjątkowo słabym filmowym roku - Mickey'owi należą się wszelkie laury, Wrestlerowi już nie. Film zdecydowanie warto jednak zobaczyć, żałować nikt nie będzie.

Moja ocena
8/10

środa, 28 stycznia 2009

Vicky Cristina Barcelona




Woody Allen nieśmiertelnym jest. Od 40 lat niemal co roku raczy nas nowym filmem i choć miewał w karierze spore spadki formy, to mam do niego wyraźną słabość. Ten neurotyczny, przegadany i skrajnie nieatrakcyjny mitoman jest prawdziwym geniuszem kina i chyba najbardziej wyrazistym amerykańskim reżyserem.

Niestety XXI wiek to pasmo rozczarowań Allenem. O ile Anything Else oraz Melinda i Melinda były bardzo solidnymi filmami, tak potem było już tylko gorzej i gorzej. Woody nie dość, że kręcił gnioty (zeszłoroczny Sen Kasandry i wcześniejszy Scoop to prawdziwe dramaty i bynajmniej nie chodzi mi o gatunek ;)), to jeszcze całkowicie zatracił swój styl.
Vicky Cristina Barcelona kontynuuje w sumie ten trend, choć na szczęści efekt jest znacznie lepszy. Dwie młode Amerykanki, Vicky (Rebecca Hall) i Cristina (Scarlett Johansson), mają zamiar spędzić całe lato w słonecznej Barcelonie. Vicky ma wkrótce wyjść za mąż i, jak na odpowiedzialną realistkę przystało, jej myśli zaprzątnięte są bardziej kupnem domu niż faktyczną rozrywką. Cristina to jej przeciwieństwo - niepewna siebie, szukająca emocjonalnych doznań ślicznotka o duszy artystki. Gdy przystojny, bezpośredni Hiszpan (Javier Bardem) zaprasza je na weekend do Oviedo, Cristina zgadza się niemal bez wahania, Vicky oponuje odwołując się do bogatych u niej złóż zdrowego rozsądku, ale w końcu daje się namówić. O efektach pisać nie będę, by uniknąć spoilerów ;) Ale jak to u Allena bywa pełno będzie świntuszenia i prób przewartościowania swoich postaw życiowych.

Filmowi można wystawić dwie różne oceny w zależności od tego, czy oceniamy go na tle największych produkcji Allena, czy też odnosimy do tego, co obecnie można obejrzeć w kinie. W pierwszym przypadku nota będzie co najwyżej średnia. W drugim może być już całkiem wysoka. Ponieważ niełatwo dziś o porządny film Vicky Cristiny Barcelony nie będę szczuł poprzednikami ;) A bez ich brzemienia to naprawdę kawał solidnego komedio-dramatu. Klimat słonecznej Hiszpanii czuć na każdym kroku, aktorstwo jest solidne, dialogi bywają błyskotliwe, a całość ogląda się lekko i z niekłamaną przyjemnością. Ma ten film zdecydowanie swój urok i rozsiewa atmosferę słonecznych, szalonych wakacji, mocno pobudzającą, szczególnie gdy wyjrzy się na szary, zimny świat za oknem.

Brak tu jednak Allena. Choć w dialogach czuć momentami jego rękę, to nie wiedząc kto wyreżyserował film przed seansem, w życiu w jego trakcie bym się tego nie domyślił. Gdzie jego werwa, celność i przenikliwość? Postaci bohaterów, choć na pierwszy rzut oka atrakcyjne, są bardzo kliszowe i nudne. O ile postać grana przez Bardema potrafi zaciekawić (głównie dzięki wybitnie nieszablonowemu związkowi z byłą żoną graną przez Penelope Cruz), tak tytułowe dziewczyny można by opisać dwoma zdaniami. Szczególnie Johansson-Cristina wypada bezbarwnie i można o niej powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że, jak nam próbuje wmówić narrator, jest niezależną myślicielką. Fakt, przyciąga wzrok swoją urodą, wystarczy jednak, że pojawia się Cruz (obiektywnie od Johansson dużo brzydsza) i w momencie Scarlett niemal całkowicie znika z ekranu (choćby i zajmowała pół kadru ;)). Mam dziwne wrażenie, że za kilkanaście lat okaże się, że przez całą karierę Johansson zagrała tylko jedną świetną rolę (Między słowami) i setki co najwyżej poprawnych.

Postaci skomplikowane nie są, podobnie jak i wnioski wypływające z seansu. Ot, standard porządnej komedii. Widać, że Woody ma coraz mniej do powiedzenia i chyba poziom Wnętrz czy Hannah i jej sióstr jest raczej poza jego zasięgiem (a miałem nie porównywać). Niech Was nie zniechęci jednak moje marudzenie, bo film naprawdę jest bardzo przyjemny i sprawia dużo radochy, a że z głowy umyka po 15 minutach... cóż przynajmniej widać, że Woody potrafi jeszcze widza porządnie zabawić, czego po wspomnianych Scoop i Śnie Kasandry pewny nie byłem.

Podsumowując Allen co prawda zamienił Londyn na piękną Barcelonę oraz porzucił wreszcie motyw zbrodni i kary, ale Ci, którzy liczyli na powrót starego dobrego Woody'ego mogą się zawieść. Choć tematyka bliższa klasykom tego reżysera, to ja tęsknię za klimatem Manhattanu i dusznych dyskusji w pełnych papierosowego dymu pokojach.

Moja ocena
7,5/10

sobota, 17 stycznia 2009

Lifting bloga



Właśnie spędziłem ponad 3h na dostosowaniu szablonu bloggera, na którym hulał mój blog do dzisiejszych standardów. Poszerzyłem bloga o 1/3, co wymagało załadowania nowych grafik, podzieliłem wpisy na kategorie (trochę się już ich zebrało i lista była mało przejrzysta) i dodałem listę blogów, która mam nadzieję będzie się poszerzać :)

Ponieważ nowe tła siedzą sobie na imageshacku, dajcie znać czy stronka nie ładuje się za długo - najwyżej przeniosę je na jakiś szybszy serwer.

Stylu graficznego nie zmieniałem, choć w pełni zadowolony z niej nie jestem - wszelkie komentarze mile widziany. Myślę też o dodaniu ramki wokół bloga. Jak macie linki do, gdzie są jakieś fajne (ale same ramki, a nie pliki graficzne całego tła z ramkami), to czekam na info:)

Miłego czytania!

wtorek, 13 stycznia 2009

Niezapomniane chwile w grach

W sumie dość przypadkowo trafiłem na całkiem stary już tekst na GameCornerze - Dlaczego kocham gry - 7 niezapomnianych chwil. No i tak mnie wzięło na wspominajki. W sumie czemu by nie zrobić własnej listy niezapomnianych chwil?:)

Trochę już lat na karku mam, przez co nazbierało się wiele wspomnień. Listę ograniczałem jak mogłem - wyszło naprawdę sporo pozycji, ale o poniższych po prostu wspomnieć musiałem. Kolejność w sumie dowolna, choć w zamyśle chronologiczna (nie tyle czasem powstania gry, co mojego z nią kontaktu). Pomijam pozycje na 8-bitowce, bo tu moja pamięć już zawodzi :)

1. Another World

Wrażenia, jakie robiło intro tej gry w 1991 nie zapomnę nigdy. 10-letni Leszczu siedział na wagarach u kumpla, któremu mamusia sprawiła piękną Amisię CD/TV i rozdziawiał z wrażenia usta za każdym razem, gdy widział ten piękny wektorowy świat. Początek gry - pijawki i czarna bestia - pamiętam, jakbym grał w to wczoraj. Nieśmiertelna klasyka.



2. Street Fighter 2

Gra, która rozpalała emocje dzieciaków, jak mało która w historii. Wydawała się niesamowita. To pierwsza uruchomiona przeze mnie pozycja na upragnionej Amidze 600. Ależ to była frajda walczyć Ryu i kręcić te wszystkie hadoukeny :D Żadna bijatyka później nie wzbudzała we mnie tyle emocji, nawet Mortal Kombat.




3. Sensible Soccer

Rewelacyjna piłka nożna z najlepszym chyba arkadowym stylem grania w historii. Na jej późniejszej wersji Sensible World of Soccer 95/96 spędziłem kilka ładnych lat gry, dochodząc do takiej wprawy, że angielskim 5-ligowcem po kilku sezonach wygrywałem Ligę Mistrzów i mistrzostwo Anglii, po drodze osłabiając jeszcze skład (względem początkowego), by było trudniej:)



4. Cannon Fodder

Jedna z najbardziej miodnych i najzabawniejszych strzelanek w historii. Widok wylatujących w górę ludzików bezcenny, podobnie jak nerwy przy przechodzeniu drugiej części tej gry.








5. Pinball Dreams

Świetny pinball, który zapadł mi jednak w pamięć głównie poprzez chwile spędzone przy tej grze (stół "westernowy") z moim ojcem. Nie pamiętam byśmy się wcześniej czy później bawili równie dobrze ;)








6. Wing Comander

Moja pierwsza oryginalna gra. Klasyczny symulator kosmicznego myśliwca. Ta muzyka, ten rozmach... Przeszedłem z zapartym tchem prawie łamiąc przy tym kilkukrotnie joystick, ciągnięty z całej siły, żeby statek kosmiczny skręcił szybciej :D Muzykę z sali z łóżkami dla załogi, gdzie zapisywało się stan gry, słyszę do dzisiaj:)


7. Turrican 3

Muzykę (zwłaszcza z podwodnego etapu) z tej banalnej w sumie strzelanki pamiętam do dziś. Wówczas absolutna rewelacja.







8. Flashback

Ech to była gra, spadkobierca Another World. Prezent pod choinkę od babci, prosto z giełdy (gra, nie babcia):D Przepiękna animacja i grafika. Napięcie w etapach na obcej planecie przebił potem chyba dopiero Alien vs Predator.






9. Dune 2

Prekursor RTS-ów, gra z niesamowitym klimatem oparta na chyba najlepszej powieści s-f ever. Tę muzykę, widok Devastatorów pożeranych przez sandworma i dźwięk płyt stawianych jako fundamenty pod budowle pamiętam do dziś. Od tamtych czasów nie ruszyłem na dłużej żadnego RTS-a.



10. Settlers

Pierwsza gra, w której wszystko żyło. Godzinami mogłem patrzeć na rosnące łany zboża, koszącego je rolnika, proces pieczenia z nich chleba itd. Gra do podziwiania. Uspokajało to niczym patrzenie na rybki w akwarium.





11. Lure of the Temptress

Chyba pierwsza porządna przygodówka, którą przeszedłem w całości. Reklamowana jako objawienie ze względu na prawdziwe AI bohaterów postronnych (sic!), które w praktyce ograniczało się do tego, że potrafili poruszać się między lokacjami. Gra totalnie liniowa, wymagająca wykonania wszystkich niemal czynności w określonej kolejności. Mocno przez to utknąłem i musiałem posiłkować się solucją. Mimo wszystko z jej przejścia byłem bardzo dumny :)


12. SuperFrog

Kultowa platformówka z zapierdalającą niczym odrzutowiec żabą. Produkcja Team 17 u szczytu formy. Rozkład niektórych etapów znam na pamięć.






13. Syndicate

Absolutny klasyk - rewelacyjny misz-masz wielu gatunków osadzony w świecie wyciągniętym niemal prosto z Blade Runnera. Nie wiem czemu, ale nie przypominam sobie bym próbował dłużej w nią grać bez cheatu na kasę... Pamiętam jakiś wywiad z Peterem Molyneux, który twierdził, że specjalnie usztuczniano dźwięk palących się ludzi, bo ten pierwotnie nagrany na potrzeby gry był zbyt realistyczny. Tak, wtedy ta gra porażała realizmem - przechodnie, samochody, żywe niemal miasta. Każdą z 50 bodaj misji przechodziłem po kilkanaście razy. Najbardziej zapadła mi w pamięć ta z Colorado, gdzie mieliśmy do dyspozycji ze 150 gapiów oglądających konwój aut z ważnymi osobistościami. Fajna jatka była :)


14. Alien Breed: Tower Assault

Gra na którą wydałem chyba wszystkie pieniądze zabrane na jedną ze szkolnych wycieczek. Kosztowała naprawdę sporo, więc moja rozpacz, gdy okazało się, że jedna z dyskietek jest uszkodzona, była olbrzymia. Nigdy nie odważyłem się jej wysłać do dystrybutora, a pudełko po niej leży gdzieś jeszcze w domu rodziców. Potem do tej kultowej strzelanki powróciłem już na pececie, ale było już na nią zdecydowanie za późno - Doom i Duke Nukem czekali ;)





15. The Manager

Marny i niesamowicie wolny w działaniu manager piłkarski, który pochłonął mnie na całe tygodnie. Wizualizacja meczów polegała na powtarzaniu kilku sytuacji, z których każda miała dwa warianty - strzeli/nie strzeli. Ileż ja na tym paznokci zjadłem próbując wykombinować co zrobić, by statsy zawodnikom nie spadały. Ale dzięki takiej zaprawie późniejsze Champinship Managery i Football Managery były dla mnie bułką z masłem.



16. Lotus III

Jedna z bardziej popularnych ścigałek na amigę (zawsze wolałem Jaguara XJ220 - to taka gra też) o bardzo dziwnym modelu jazdy. Takiej frustracji jaką wywoływały u mnie kolejne, totalnie beznadziejne próby ukończenia wyścigu w górach często w grach nie czułem - już za to tylko należy jej się uznanie. Wszystkie inne trasy przechodziłem z zamkniętymi oczami, tej jednej cholery nie mogłem.


17. Eye of the Beholder
Mój pierwszy prawdziwy RPG. Nigdy go nie ukończyłem, ale wrażenie jakie zrobiły na 12-latku te puste labirynty lochów pozostały do dzisiaj. Podobnie jak uwielbienie do role-play'i, choć niekoniecznie tych dungeonowatowych.





18. Hired Guns

Niesamowita gra, o bardzo ciężkim klimacie. Grając po zmroku naprawdę można było się ostro zestresować. Także nigdy nie ukończona, bo pirackie wersje posiadały nieprzyjemne zabezpieczenie, które wyskakiwało w pewnym momencie rozgrywki - trzeba było wpisać masę jakiejś gwiazdy, info na ten temat oczywiście w instrukcji, a instrukcji niet. Mimo tego, że wiedziałem, że jej nie ukończę, to grałem w to cholerstwo namiętnie.


19. Fallout 2

I zaczynamy okres pecetowy, jedną z najlepszych (jak nie najlepszą) gier w historii. Sugestywny postnuklearny świat, w którym każdy walczy o przetrwanie, niesamowicie dorosła wymowa, inteligentne dialogi i daleko posunięta nieliniowość - czego chcieć więcej? Do tego świetny model rozwoju postaci i ta otoczka retrofuturyzmu...

Drugą część przeszedłem nie widząc na oczy rok młodszego protoplasty. Przeżycie daleko bardziej intensywne niż najlepszy nawet film. Brak doświadczenia sprawił, iż stworzyłem postać o bardzo niskiej zręczności, a oparta na niej walka byłą dla mnie prawdziwą udręką. Do dziś pamiętam finałową potyczkę, z którą męczyłem się okropnie. Za te męczarnie odwdzięczyłem się Frankowi Horriganowi wielokrotnie, w tym raz zabijając go nawet w 1. turze (co jest nie lada wyczynem). Tak - Fallouta 2 ukończyłem kilka razy i ostatnio ponownie wrócił na ekrany mojego kompa, tym razem poszerzony o masę nowości dzięki modowi Restoration Project.

Zdecydowanie gra mojego życia :P Kocham wszystko co z Falloutem związane (soundtracku słucham do dziś), oprócz Fallouta 3 i Fallouta Tactics, które są wynaturzeniem serii.


20. Fallout

Pierwszą część Fallouta łyknąłem w ciągu jednego dnia, po tym jak ukończyłem F2. Głosu Mastera zapomnieć się nie da ("Join. Die"). Czy dziś może jakaś gra zapewnić takie przeżycia? Na rozpisce znalazł się ponownie jakieś 2 lata temu - Fallouty się nie starzeją i za każdym razem bawią równie dobrze.







21. Baldur's Gate 2

Pamiętam jak kiedyś włączyłem to, żeby sprawdzić jak wygląda - potem przez 2 tygodnie nie wychodziłem z domu :) Wszystko w tej grze lubię. Prawdziwy RPG, którego do dziś w klimatach fantasy nic nie pobiło. Ostatni, w którym walki miały prawdziwy taktyczny wymiar. Pokonanie smoka Firkraaga na wczesnym levelu, czy finałowa walka w Tronie Bhaala to jedna z najlepiej pamiętanych przeze mnie potyczek. Prawdziwa poezja, aż mnie znowu chcica na zainstalowanie Baldurka wzięła:)


22. Jagged Alliance 2

Nigdy przeze mnie nieukończony taktyczny shooter, choć spędziłem przy nim wiele wieczorów. Do dziś chyba nie powstało w tym gatunku nic lepszego (może ruski spadkobierca JA o zerżniętym z Hired Guns tytule wart jest uwagi? Grał ktoś?). Jedna z niewielu gier, w której można było poruszać się Polakiem o wiele mówiącej ksywce Steroid ;) Ależ on fragów mi natrzepał.


23. Quake 2

Quake 2 to dla mnie całe dziesiątki godzin spędzonych w kafejce internetowej (pozdro dla Szopy, Heńka i ówczesnej kafejkowej ekipy ;)), wydany majątek i dojście do całkiem niezłej wprawy. Pierwszy multi w jaki grałem na poważnie i przez wiele lat ostatni - aż do czasu pojawienia się Call of Duty 4.



24. GTA: Vice City
GTA III mnie gdzieś ominęło (grałem trochę u znajomych). Vice City to już była wkrętka na całego. Koszmarnego celowania, luzu i rewelacyjnego, tandetnego klimatu rodem z Policjantów z Miami się nie zapomina. Najfajniejsza chwila: przejście wyścigu, za który nagrodą był bodaj niezły klub nocny (nazwa misji - The Driver). Misja przez wielu uważana za nie do przejścia. Satysfakcja była wielka :)







25. Mafia

Gra cudo. Czeskim twórcom udało się przenieść na monitory komputerów świat jakiego tam jeszcze nie było - czasy prohibicji, z całą ich otoczką: cudowne samochody, stroje, muzyka. Fabuły nie powstydziłby się niejeden naśladowca Puzo. Jedna z najlepszych gier jakie powstały. Mam nadzieję, że wychodząca w tym roku Mafia 2 spełni lata oczekiwań na przynajmniej coś równie dobrego.



26. Arcanum

Niedoceniany i nieco momentami niedorobiony Role-Play twórców Fallouta z jednymi z najlepszych questów i masą odważnych pomysłów (udźwiękowienie gry za pomocą muzyki poważnej). To naprawdę oryginalny przedstawiciel tego gatunku, osadzona w steampunkowym świecie.



27. Thief 3

Rewelacyjna skradanka, gdzie bycie niewidocznym to często naprawdę jedyna droga do sukcesu. Etap w szpitalu dla umysłowo chorych wspominam do dziś, mocne przeżycie. Zresztą cała gra jest świetna i żadne Splinter Celle nie mają z nią w skradankowej kategorii szans.



28. Alien versus Predator 2

Jedna z najstraszniejszych gier w jakie grałem (misje człowieka). Słuchawki na uszy, dźwięk detektora ruchu (kto oglądał Aliens wie o co chodzi), ciemne korytarze i niemal palpitacja serca za każdym razem, gdy coś się pojawiało w pobliżu. Brr, świetna gra. Aż szkoda , że się tak zestarzała.







29. Planescape: Torment

To właściwie nie gra, to przeżycie. Jedyna w swoim rodzaju, fabułą zmiatająca wszystko co w kategorii gier powstało. Tu się więcej czyta niż porusza czy walczy, a to co się czyta, warte jest każdej nagrody. Cudowny erpeg, będący właściwie esencją tego, co przez nazwę Role Play Game należy rozumieć. Aż szkoda, że walki, inwentarz i kilka innych rzeczy nie dorównało poziomem sferze scenariuszowej. Ale wówczas mówilibyśmy o grze ideale. Niemniej Bezimienny zawsze będzie moim ulubionym bohaterem.




30. Prince of Persia: Warrior Within

Jak dla mnie najlepsza część Księcia, gdzie skakanie i użynanie głów w akompaniamencie metalowej muzyki to czysta poezja. Ładunek miodności jest tu niesamowity. Nie rozumiem czemu z najnowszego Prince of Persia zrobiono jakiegoś metroseksualnego dupka, który nawet zginąć nie może:( Przepadnijcie casuale!







31. Call of Duty

Nigdy nie skumałem zachwytów nad Medal of Honor: Allied Assault. Dla mnie pierwszą grą, która faktycznie dała mi namiastkę tego jak może się poczuć żołnierz na wojnie był Call of Duty. Początek gry, idziemy samotnie, tradycyjnie łupiąc Niemców. Nagle nad naszymi głowami pojawiają się samoloty, z których skaczą dziesiątki naszych towarzyszy i zaczyna się szturm. Szturm, w którym jesteśmy tylko jednym pośród wielu, nie żadnym superhero, a prawdziwym żołnierzem. Ależ to robiło wówczas wrażenie. Dziś to tylko marnie wyglądająca, zaskryptowana w banalny sposób sieczka.



32. Far Cry

To trzeba było zobaczyć, ta plaża, te drzewa, ta woda i jeszcze te ogromne mapy! Jezu, najpiękniejsza gra jaka powstała, nie wiem, czy kiedykolwiek inna gra swoim wyglądem zrobi na mnie równie wielkie wrażenie (Crysis nie zrobił). Wyprzedzała swoje czasy o jakieś 3 lata i wyglądała olśniewająco nawet w niskich dość detalach. Do tego była super miodna - oprócz rewolucji w grafice, przyniosła jeszcze rewolucję w AI przeciwników wnosząc ją na poziom, któremu nawet przereklamowany Crysis nie dorównał. Dziesiątki doskonałych fanowskich etapów a nawet całych kampanii sprawiły, że Far Cry nie znikał z mojego twardziela przez dobre 4 lata. Jak dla mnie najlepszy FPS w historii.


33. Football Manager (wszystkie części)

Gra opium. Zasysa jak odkurzacz. Jak bym miał wybrać jedną grę ma bezludną wyspę, to byłby właśnie FM. Nic nie smakuje w świecie gier tak, jak robienie z kopciuszka potęgi światowej, nic nie daje większej satysfakcji niż wygranie z Wisłą na wyjeździe z MU. Gra dla maniaków.








34. S.T.A.L.K.E.R.

Cholernie niedorobiona rosyjska produkcje przenosząca nas w rejony Czarnobyla. Ale za ten klimat i liczbę zjeżonych na głowie włosów, gdy przedzierałem się nocą w burzy przez dzikie tereny lub z wyjątkową łatwością generujące poczucie lęku podziemia, Stalkerowi miejsce na tej liście się należy. Polecam.







35. Wiedźmin

Polska produkcja. Ale nie przemawia przeze mnie wcale patriotyzm, gdy piszę, że to zdecydowanie jedna z najlepszych gier w jakie grałem. Choć niepozbawiona wad, to wybory jakich musimy tam dokonać, wykreowanie świata gdzie wszystko różni się co najwyżej odcieniem szarości, a biel i czerń nie istnieją, to prawdziwy majstersztyk. Do tego ta fabuła, coś niesamowitego - nie mogłem dojść do siebie przez wiele minut po zakończeniu gry. Kto nie grał, niech nie grzeszy już więcej i leci do Empika;)




36. Half Life: Episode Two

Wcale wielkim miłośnikiem Half_life'a nie jestem. HL2 jest owszem niezły, ale w starciu ze swoim ówczesnym przeciwnikiem Far Cry'em nie ma szans. HL2: Episode One to już w ogóle odcinanie kuponów, bez pomysłu na poprowadzenie akcji. Z Episode Two miało być podobnie, a wyszedł chyba najbardziej wzruszający FPS w historii. Końcówki i sceny z ojcem Alyx nie zapomnę jeszcze długo. Choć graficznie gra się mocno już posunęła, to w 2007 roku pokonała dla mnie wszystkich konkurentów w gatunku, nawet Bioshock i Crysis.

37. Call of Duty 4

Początkowo mnie odrzuciła. Po przejściu 5-6 etapów machnąłem ręką na tego zaskryptowanego gniota. Potem do niego wróciłem przeżywając jedne z najbardziej intensywnych chwil przed kompem. Zwroty akcji, bomba atomowa i niesamowita końcówka - wszystko to właściwie nie pozwalało uwierzyć, że to tylko gra, a nie wysokobudżetowe kino.

A potem przyszedł czas na multi. No i mnie zassało. Najpierw się dziwiłem, jak to możliwe, że ja, taki wyjadacz, tak słabo sobie radzę (zerowy stosunek fragów do własnych zejść był osiągnięciem). Z czasem było coraz lepiej, aż przyszedł czas, że nieraz jestem dwukrotnie lepszy od drugiego w kolejności gracza i zostałem zaproszony do klanu z własnym serwerem (pozdro dla ekipy |AO|). No i odkąd gram w CoDa na multi, to nie ma czasu na żadne inne gry. Nawet GTA IV przechodzę już miesiąc (polecam).

Podsumowanie:

Nieźle się całość rozrosła. Ale 20 lat grania to kawał życia i trochę się tego nazbierało. Jak ktoś ma ochotę pokomentować - zapraszam, pewnie każdy ma swój zestaw niezapomnianych chwil spędzonych z grami :)

wtorek, 6 stycznia 2009

Burn After Reading / Tajne przez poufne




Bracia Coen potrafią być bez wątpienia genialni. Fargo to ścisła dziesiątka moich najbardziej ulubionych filmów, Big Lebowski wymiata, a Barton Fink (za którym osobiście nie przepadam) przyniósł im Złotą Palę w Cannes. Niestety XXI w. przyniósł dość dramatyczny spadek ich formy. O ile Człowieka, którego nie było dało się z przyjemnością oglądać, to poziom Okrucieństwa nie do przyjęcia, czy Ladykillers był po prostu... nie do przyjęcia ;)

Kiedy spisałem ich już raczej na straty, to w 2007 roku wyskoczyli z doskonałym To nie jest kraj dla starych ludzi. Film zasługiwał na wszelkie nagrody, choć robota Coenów wydała mi się znacznie mniej warta docenienia w momencie przeczytania książki Cormaca McCarthego, której to film jest adaptacją. Książka ta jest niemal gotowym scenariuszem, zaadaptowanym przez braci w skali praktycznie 1:1 (nieco zmieniona końcówka). Niemniej, choć zadanie nie było takie trudne, jak się mi pierwotnie oglądając film wydawało, to obraz ten jest naprawdę świetny.

Rok później Coenowie, wykorzystując ponownie nakręcony hype na ich nazwisko, zaatakowali przewrotną komedią w doskonałej obsadzie - Tajne przez poufne. Oczekiwania były z pewnością mocno podkręcone i nie da się ukryć, że film ich nie spełnia. Klimatem nawiązuje raczej do wymienionych przeze mnie shitów made by Coen brothers plus tempo rodem z Bracie, gdzie jesteś?; na szczęście poziomem znacznie wszystkie je przewyższa. Co prawda do Big Lebowskiego to jeszcze lata świetlne, ale i tak ogląda się toto przyjemnie, wciąga, wkręca i bawi. A że ulatuje z główki godzinę po zakończeniu, to już całkiem inna sprawa.

Pitt, Malkovich, Clooney - każdy z nich ma tu swoje 5 minut i wykorzystuje je na maxa. Frances McDormand (prywatnie żona Joela Coena) po raz kolejny udowodniła swój talent, ale żeby zaraz nominować ją do Złotych Globów to lekka przesada. Gdyby nie oni, film straciłby znaczny procent swojej wartości i pewnie krytycy by go zjedli. A tak dzięki nim jest fajnie, bo wygłupiający się przed kamerą Pitt najzwyczajniej w świecie przyciąga uwagę bardziej, niż gdyby na jego miejscu posadzić anonimowego aktora. Podobny efekt można było zauważyć w Tropic Thunder, gdzie wygibasy Toma Cruisa wzbudzały wesołość głównie dzięki temu, że to był właśnie Tom Cruise.

Oglądać, czy nie oglądać? Oglądać - kupa fajnej zabawy. Choć nadzieje zawiedzione, to w całościowo branym dorobku braci Coen Tajne przez poufne wcale źle nie wypada. A w porównaniu do panujących w kinach komedii to już niemalże arcydzieło ;) Tak więc liczyliśmy na więcej, ale źle nie jest. Można polecić.

Moja ocena:
7,5/10


BTW. Powieśc Cormaca McCarthego To nie jest kraj dla starych ludzi zdecydowonie polecam. Jeszcze bardziej jednak namawiam do przeczytania jego najnowszej powieści - Droga. Jej lektura to zdecydowanie jedno z najintensywniejszych emocjonalnie przeżyć jakich może dostarczyć literatura. Zresztą nagroda Pulitzera mówi tu sama za siebie.

środa, 31 grudnia 2008

Flashbacks of a Fool




Dziwny film. Niby nic oryginalnego, niby nie mówi o niczym odkrywczym (a nawet, tak po prawdzie, to w dużej mierze mówi o niczym), a jednak ma w sobie taki klimat, że z zainteresowaniem ogląda się go do końca.

Bohaterem jest grany przez Daniela Craiga gwiazdor filmowy Joe Scott, mocno już zniszczony przez alkohol i narkotyki, do tego z karierą stojącą na skraju przepaści. Całkowicie odciął się od swojej przeszłości. Młodość spędził gdzieś w domku na skraju surowego angielskiego morskiego wybrzeża (?) - totalnie inny świat, do którego jednak zmuszony jest powrócić z powodu śmierci najlepszego, choć dawno niewidzianego przyjaciela. Jego śmierć to dla Joe zaproszenie do zatrzymania pełnego libacji pędu i przypomnienia sobie czasów sprzed uderzenia sodówy do głowy, kiedy wszystko, choć było prostsze, wcale się proste nie wydawało.

Ponad połowa filmu to tytułowe wspomnienia głupca, flashbacki z okresu dorastania. To one są właśnie największą siła filmu. Emanują specyficzną atmosferą, lekką mgiełką nostalgii z jaką zwykle myślimy o naszej młodości. Na to nakładają świetne, specjalnie przedłużane i ilustrowane znakomitą muzyką sceny ("randka" w domu sympatii Joe) - niby nic, a jaki klimat! Nieco gorzej jest z częścią "nieflashbackową", czyli tą, w której mamy okazję oglądać grymasy nowego Bonda. Strasznie mało skomplikowana, wręcz płaska jest postać dorosłego Joe. Brakuje tu ciągłości, jakiegoś wyraźnego uczucia, że ten egocentryczny gwiazdor to ta sama osoba, którą widzieliśmy scenę wcześniej jako dwudziestolatka.

Zresztą pod względem psychologicznym cały film nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia - postaci są raczej kliszowe, a te które wydają się najbardziej interesujące (właśnie sympatia Joe oraz jego przyjaciel), są ledwie naznaczone pełną niedopowiedzeń i mało wyraźną kreską. Uznałbym to za celowy, nawet genialny zabieg, bo przecież tak właśnie, w oparciu o kilka wydarzeń i związane z nimi uczucia, często pamiętamy osoby po latach. Mizeria portretów psychologicznych postaci "w czasie teraźniejszym" filmu świadczy jednak raczej, że reżyserowi/scenarzyście brakło po prostu umiejętności.

Film jest dokładnie tym, co sugeruje tytuł - mamy bogatego i sławnego głupca, mamy jego czarujące klimatem wspomnienia. Nie ma tu nic wartego dyskusji, czy rozpamiętywania, poza tym właśnie klimatem. To on wynosi tę w sumie przeciętną produkcję na poziom co najmniej dobrej. To on sprawia, że o filmie pamięta się długo, choć poszczególne sceny ulatują z głowy błyskawicznie. Na leniwy wieczór znakomita propozycja, ja kiedyś do niej powrócę.

Moja ocena:
7/10