sobota, 27 czerwca 2009

Hancock




Ponoć to miała być oryginalna opowieść o człowieku z super-umiejętnościami, który nie potrafi sobie poradzić z ciążącą na nim presją. Ponoć to miał być mroczny film, niepozbawiony elementów typowych dla filmowego dramatu. Ponoć to miało być odświeżające spojrzenie na nadprzyrodzone umiejętności, które mogą okazać się sporym brzemieniem. Te zamiary nawet czuć w jednej scenie czy dwóch, a cała reszta to bzdurna komedyjka dla 5-latków.

Will Smith gra herosa-degenerata - nie rozstaje się z flaszką, śpi na miejskich ławkach, a wezwany do pomocy w przypadkach, z którymi policja czy inne służby poradzić sobie nie mogą, zwykle pozostawia po sobie większe zgliszcza niż niejeden oddział talibów. W końcu natrafia jednak na speca od wizerunku (Jason Bateman), który za cel postawił sobie zrobienie z Hancocka wzorowego obrońcy miasta. Bohatera bardziej niż wizja latania po mieście w przepisowym stroju pseudoX-mana pociąga jednak żona PR-owca (Charlize Theron)...

Na podstawie takiej historii nakręcono film, którego właściwie nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Zaczyna się jak komedia, czy też wręcz parodia filmów o superbohaterach, by zakończyć się niczym łzawy dramat. Na początku jest nawet nieźle, a kilka gagów potrafi rozbroić. Problem w tym, że jeżeli widziało się trailer filmu, to zna się już każdą śmieszną sytuację. Film nie oferuje dosłownie nic więcej. Mało tego - część scen na trailerze wygląda lepiej niż w filmie (choćby scena z kobietą, którą Hancock próbuje poprawnie politycznie uratować). W pewnym momencie pojawia się jednak zdecydowany zwrot akcji i film z sympatycznej komedyjki przemienia w pozbawiony najmniejszego sensu melodramat z nadprzyrodzonymi mocami w tle. Poziom głupoty niektórych scen jest przytłaczający, podobnie jak banialuki wypływające z ust bohaterów.

Byłaby totalna masakra, gdyby nie Will Smith i Charlize Theron. Szczególnie Theron wygląda tu dobrze (wreszcie!) i interesująco. O grze aktorskiej pisać nie będę, bo wiele do grania tu nikt nie ma. Na tę dwójką aktorską patrzy się jednak z pewną przyjemnością. Cała reszta elementów filmu stoi jednak na dość przykrym poziomie i właściwie niezrozumiałym jest, co takie gwiazdy w tej produkcji robią. Osobie odpowiedzialnej za scenariusz wydałbym dożywotni zakaz pisania czegokolwiek, największe nawet klisze i schematy tego gatunku byłoby lepsze niż to, co rozgrywa się w końcówce Hancocka na ekranie.

Zdecydowanie nie spodziewałem się tu nic poza w miarę przyjemnego filmu na odmóżdżający wieczór. Ale Hancock mnie zaskoczył i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Jesteś ciekawy filmu, obejrzyj trailer, inaczej stracisz 90 minut, a i tak nic ciekawszego nie zobaczysz. Mam ochotę ocenić film na 2, ale za Theron dodaję punkcik. Omijać z daleka.

Moja ocena:
3/10

piątek, 5 czerwca 2009

Terminator Salvation / Terminator: Ocalenie




Dawno już nie byłem w kinie na premierze. Na nowego Terminatora poszedłem trochę z ciekawości, trochę z braku laku, bo obok Wojny polsko-ruskiej nic ciekawego w mulipleksach obecnie nie grają. Jak wrażenia? Kiepsko ze wskazaniem na stany średnie, ale po kolei.

Druga część Terminatora to dla mnie absolutna klasyka. Film doskonale łączący świetne sceny akcji, rewolucyjne wówczas efekty z niezłym scenariuszem i dramatem rozpisanym na 4 osoby. Film powstał w 91 roku, a dalej uchodzi za niedościgniony pod wieloma elementami wzór. Co najważniejsze - ludzie ciągle go wspominają. O najnowszej części za 18 lat nie będzie pamiętał nikt.

Miało być inaczej, seria miała zaliczyć nowy start - zerwanie z naszymi czasami, ukazanie konfliktu z maszynami od środka, Connor nie miał być już dzieckiem predestynowanym do roli zbawcy ludzkości, a zbawcą we własnej osobie. I w gruncie rzeczy tak jest. 2018 rok, nasza cywilizacja zniszczona, niedobitki formują ruch oporu w walce z pozornie niepokonanym wrogiem. Ta wizja przedstawiona w filmie spełnia oczekiwania, przywodząc nieco skojarzenia ze światem Fallouta. Jest szaro, apokaliptycznie i beznadziejnie. Szkoda, że inne elementy temu nie dorównują.

Zawodzi to, z czym obecnie w Hollywood mają największy problem - scenariusz. Ogólny zarys nawet nie jest zły - pojawia się szansa na wykorzystanie słabości maszyn, a do obozu Connora trafia tajemniczy osobnik, o którym od pierwszych scen filmu wiadomo, że zwykłym człowiekiem być nie może. Problem tkwi w szczegółach. Zamiast napisać zgrabną historyjkę, podczas której napięcie będzie rosło aż do efektownego finału, harmonijnie łączącą sceny akcji z linią fabularną, popełniono ten sam grzech co w najnowszym Bondzie - scenariusz to jedynie z góry olany i niedopracowany pretekst do kolejnych scen rozwałki. To sprawia, że właściwie nie istnieje w nowym Terminatorze coś takiego jak napięcie. Oszem jakieś pojedyncze potyczki potrafią spowodować lekkie zaniepokojenie, ale zaraz po ich zakończeniu powraca się do totalnie beznamiętnego seansu, podczas którego człowiek większą uwagę zwraca na techniczne dopracowanie robotów i niż los bohaterów. Dodatkowo liczbą dziur logicznych i różnych nieprawdopodobieństw można by było obdzielić kilka innych blockbusterów. Naprawdę momentami film wymaga od widza bardzo dużo samozaparcia, by przymknąć oko na kolejne idiotyzmy. Zdecydowanie nie sprzyja to budowaniu atmosfery.

Reżyserię powierzono z totalnie niezrozumiałych dla mnie względów McG-owi, autorowi dwóch potworków o Aniołkach Charliego i... właściwie to on nic innego nie nakręcił. Niestety w filmie wyraźne jest to aż nadto. Doświadczenie z teledysków bierze górę nad filmowym (choć w sumie Aniołki to też były rozrośnięte teledyski) - akcja pędzi na łeb, na szyję, po niemal każdej scenie akcji natychmiast następuje kolejna. Nie ma przestojów, które choć trochę mogłyby nam przedstawić bohaterów, trochę udramatycznić całość - gdzie tam, tu dramatyzm ma dawać niema dziewczynka, postać niemal żywcem zerżnięta z bodaj drugiego Mad Maxa (tyle, że tam był chłopiec) i masakrycznie przegięta końcówka, z poziomem patosu i poświęcenia, który by nie przeszedł pewnie nawet w Klanie, czy M jak Miłość.

Zresztą cały finał to dla mnie porażka. O ile do czasu finałowej akcji film mi się jako tako podobał i byłem pewny, że 7/10 to ocena sprawiedliwa, tak oglądając to czym McG uraczył nas na koniec, po głowie mi chodziło tylko: What the fuck???? Tam już nic nie ma sensu, od zachowań bohaterów, po ilość przeciwników. Nie wiem jakim cudem ludzie nie wygrali tej wojny kilka lat wcześniej.

Jednego jestem pewien - nowy Terminator wykreuje nową gwiazdę, Sama Worthingtona. Gość naprawdę gra fajnie i ma cechę nieczęsto dziś spotykaną - jest przystojny, a przy tym wyrazisty i charakterny. Z Christianem Balem (gra na swoim standardowym, dobrym poziomie) stworzyli naprawdę udany duet, niestety ledwie troszkę wykorzystany. McG miał moim zdaniem w łapach prawdziwą bombę na elektryzującą parę aktorską, czuć to doskonale w scenie ich pierwszego spotkania. To na nich, a nie na głupkowatej akcji i efektach powinien się opierać fundament filmu. Tymczasem są jedynie wisienką na tortowym zakalcu.

Co jeszcze wypadło fajnie? Zdjęcia. Kilka ujęć jest naprawdę fajnych i pozbawionych cięć. Operator wykonał dobrą robotę. Podobała też mi się jedna, ale za to długa i efektowna scena akcji rozpoczynająca się na stacji benzynowej. To chyba jedyny moment w całym filmie, gdzie nieco przejąłem się losem bohaterów. Atrakcją mogłyby być też odwołania do wcześniejszych części, gdyby nie fakt, że McG wsadził ich całą masę, zazwyczaj na siłę i bez sensu ("I'll be back", skok motoru z mostu, Arnie).

Ech, pewnie gdyby to nie był Terminator, to filmowi by się tak nie dostało. Oglądać się to da, dwie centralne postaci są super, efekty dają radę, zdjęcia są ok... ale to jest Terminator do cholery, albo powinni nakręcić coś wyjątkowego, albo odpieprzyć się od serii i pozwolić jej przejść do historii. Ale nie, oni musieli..., nawet reżysera nie chciało im się znaleźć sensownego. Wymęczyli Indianę Jonesa, wymęczyli Terminatora, a teraz czeka nas kolejne wskrzeszenie - reboot Aliena. Amerykańce potrafią zarżnąć każdą legendę.

Moja ocena:
6/10

piątek, 22 maja 2009

Trafiłem na Gamecornera :)




Nagły skok ilości odwiedzin, krótkie śledztwo what's up i okazało się, że Prosto z ekranu zostało zauważone przez mój ulubiony blog (a właściwie już coraz bardziej profesjonalną stronę) o grach. Nie jest to może bardzo eksponowane miejsce, ale miło, że komuś moja radosna twórczość się podoba :)

Link znajdziecie tu

Co prawda wpisów o grach za dużo u mnie nie ma, ale co zrobić jak gra się ostatnio właściwie tylko w multi CoD4 i FM2009? ;>

Pozdrawiam wszystkich Gamecornerowiczów :)

sobota, 16 maja 2009

What just happened / Co jest grane?




Barry Levinson lubi kręcić filmy, które w humorystyczny sposób pokazują absurdy pewnych procesów czy środowisk. Czasem wychodzi mu to genialnie (Good Morning, Vietnam), czasem "tylko" dobrze (Fakty i akty), zawsze są to jednak obrazy interesujące. Nie inaczej jest w przypadku What just happened, gdzie bierze się za bary ze środowiskiem producenckim Hollywood.

Cały film to esencja kilku dni kariery producenta filmowego Arta Linsona (Robert de Niro). Choć uznany jest za ścisłą czołówkę branży, to z pewnością jego życie trudno nazwać sielanką. Niemilknąca komórka, wieczne problemy z byłymi żonami, użeranie się na planie z Brucem Willisem, który ubzdurał sobie, że nie zgoli pokaźnej brody, czy konieczność robienia dobrej miny do złej gry, gdy wytwórnia żąda zmiany kontrowersyjnego zakończenia w gotowym już filmie z Seanem Pennem (świetny motyw) - ot codzienność hollywódzkiego producenta :) Aż dziw bierze, że w tym zawodzie da się wytrzymać więcej niż miesiąc.

Ktoś mógłby powiedzieć, że film koloryzuje i wyolbrzymia ku uciesze widzów sposób funkcjonowania tamtejszego światka. Należy jednak pamiętać, że Linson to postać autentyczna (wyprodukował m.in. Fight Club i Gorączkę), będąca zresztą autorem scenariusza do Co jest grane?. Przedstawione w nim wydarzenia prawdziwe z pewnością nie są, jednak czuć, że Linsonowi zależało na jak najbliższym prawdy obrazie, choć ukazanym z dużym, pełnym humoru dystansem. I to mu się w pełni udaje. Obserwowanie, jak powodzenie wielkiego filmowego projektu może zależeć od kaprysu gwiazdy, podobnie zresztą jak kariera zdolnego reżysera od wymagań zachowawczych, uzależnionych od statystycznych wskaźników sponsorów, dostarcza masę frajdy i jest najzwyczajniej w świecie ciekawe. Nie ma tu jakiejś wielkiej analizy, ale też Levinson w żadnym filmie nigdy jej nie próbował. Robi to, co umie najlepiej - wskazuje absurdy śmiejąc się z nich, działało to rewelacyjnie w Good Morning, Vietnam, działa całkiem nieźle i tutaj. Film dzięki temu nabiera lekkości, ale też skłania ku refleksji, jacy to ludzie pasą nas kinową rozrywką i decydują co ma nam się podobać.

De Niro, który w ostatniej dekadzie upadł tak nisko, że po prostu żal było momentami patrzeć (Godsend, Hide and seek), wreszcie pokazał, iż ciągle tkwi w nim kupa talentu. W rolę Linsona wciela się wręcz koncertowo. Oby to był początek okresu, w którym zacznie czytać scenariusze przed wyrażeniem zgody na rolę w filmie. Mnie jednak najbardziej zaskoczył Bruce Willis. Nie wiem na ile jego wizerunek z filmu to autoportret, ale jeżeli faktycznie jest tak impulsywnym, upartym i zdziecinniałym facetem, to do tych cech należałoby jeszcze dodać fenomenalny dystans do własnej osoby. Brawa za granie samego siebie, ma mój dożywotni szacun :)

Na Filmwebie What just happened ma delikatnie mówiąc niską średnią ocen, niewiele lepiej jest na imbd.com. Z ciekawości przebrnąłem przez kilkadziesiąt komentarzy niezadowolonych i poza wyczerpującymi uzasadnieniami w rodzaju "Kicha!", większość osób za największą wadę filmu wskazywała fakt, że to nie jest śmieszna komedia, że szli do kina się rozerwać, spodziewając się czegoś w rodzaju Poznaj moich rodziców (na co z pewnością miał wpływ polski plakat). No cóż, ja mogę tylko dziękować Levinsonowi, że jego dzieło do tego filmu podobne nie jest. Na pewno nie jest to "śmieszna" (inaczej) komedia. Jak ktoś lubi filmy ze Stillerem, lepiej niech obejrzy dość w ogólnym zamiarze (i tylko w nim) podobne Jaja w tropikach. Ci, którzy na Stillera patrzeć nie mogą, niech nie zrażają się ocenami i śmiało oglądają Co jest grane?. Żałować nie powinni.

Moja ocena
7,5/10

czwartek, 14 maja 2009

Appaloosa




Choć western umarł, to trzyma się nieźle. Na wielkie megahity w tym gatunku nie ma chyba co liczyć, ale chociażby 3:10 do Yumy bardzo pozytywnie zaskoczyła i pokazała, że da się jeszcze nakręcić w tych realiach film atrakcyjny, nienaznaczony brzemieniem Brokeback Mountain i nie mulący jak Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda. Appaloosa wpisuje się właśnie w ten nurt - niegłupich westernów z ciekawą akcją i dobrze zarysowanymi charakterami.

Klimat Dzikiego Zachodu ma w sobie coś przyciągającego, ale nie ten z Rio Bravo czy Siedmiu Wspaniałych, a ten prawdziwy, brudny, pełny pyłu i brutalny. Appaloosa jest nim przesiąknięta. To nazwa małej, typowej dla tamtego okresu mieściny, zbudowanej przy linii kolejowej na wyjałowionej ziemi. Osadnicy próbują jakoś sobie radzić, lecz okolicę terroryzuje banda pod przywództwem Randalla Braga (Jeremy Irons), który bez wahania potrafi zabić nawet szeryfa i jego zastępcę. Do miasteczka zostaje więc ściągnięty Virgin Cole (Ed Harris), który wraz ze swoim małomównym partnerem Everettem Hitchem (Viggo Mortensen) od lat rozwiązuje podobne problemy. Standardowa robota szybko się komplikuje, gdy do miasteczka trafia damusia Allison French (Renee Zellweger), na punkcie której odbija Cole'owi.

Jak sami widzicie zalążek akcji jest wyjątkowo standardowy. Wszystko co potem już takie standardowe nie jest. Akcja ma kilka naprawdę fajnych zwrotów, a najlepszy jest w nich fakt, że nie są one jedynie prostym wymysłem scenarzysty, lecz wynikają z wyjątkowo oryginalnej charakterystyki bohaterów. Właściwie nikt nie jest tu taki, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Oglądając całkowicie pokręcony związek Cole'a z Allison ręce wręcz same składają się do oklasków. Harris (który oprócz grania głównej roli ten film reżyseruje :)) zabawia się tu westernowymi archetypami i trzeba przyznać, że robi naprawdę z dużym wyczuciem i humorem. Swoim postaciom poświęca sporo czasu, nie pogania z akcją, ale cały czas kontroluje tempo, by nie pojawiły się dłużyzny, tak charakterystyczne dla ostatniego filmu o Jessie Jamesie.

Jednak z tej prostej w sumie historyjki nie dałoby się wycisnąć tyle, gdyby nie bardzo dobre aktorstwo. Szczególnie Ed Harris zasługuje na uwagę. Ostatnio żaden reżyser nie prowadził go tak dobrze, jak on sam siebie :) Problem jest z Zellweger, która początkowo wzbudza ogólną wesołość niepasującym do konwencji wyglądem, z czasem jednak świetnie się wtapia w graną rolę. Tylko się cieszyć, że Harrisowi udało się zebrać (zapewne po znajomości) na planie niskobudżetoego filmu takich aktorów i że tym autentycznie zależało, by jak najlepiej wypaść. Ten niewielki budżet czasami jednak czuć. Appoloosa wygląda na miasteczko niemal wymarłe, a postawione w niej chatki nie ukrywają, że są tylko częścią zdjęciowego planu. Do tego czasami wymagane jest od widza zbyt mocne przymknięcie oka na różne nieprawdopodobieństwa, czego nie lubię.

Nic to jednak wobec faktu, że mamy tu do czynienia z niewielkim, ale oryginalnym i bardzo klimatycznym westernem. Żadne to arcydzieło, ale miła niespodzianka w rzadko już eksploatowanym gatunku. Dla mnie jeden z przyjemniej spędzonych filmowych wieczorów tego roku. Polecam.

Moja ocena:
8/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona




Tegoroczne rozdanie Oscarów nieco zaskoczyło mnie całkowitym, wymownym zignorowaniem Ciekawego przypadku Benjamina Buttona, który przed ceremonią wydawał się faworytem. Po obejrzeniu filmu wszystko jednak stało się jasne. David Fincher nakręcił swój chyba najgorszy obok Azylu film, choć w iście bajecznej oprawie.

Nie wiem co skusiło reżysera, znakomicie czującego się w brutalnym, dusznym i pozbawionym promyków nadziei klimacie, do przerzucenia się w świat posępnej, ni to baśni, ni to dramatu. Fabuła owszem, wygląda interesująco - mamy dziecko, które urodziło się z ciałem starego człowieka, zamiast starzeć się - młodnieje. Teoretycznie kopalnia możliwości zarówno na nieszablonowe obserwacje, ciekawą fabułę, jak i oryginalną formę, wystarczy tylko dać to zdolnemu twórcy. Tymczasem Fincher, reżyser jak na warunki Hollywood wręcz świetny, zabrał się za temat jak nowicjusz, który pozbawiony własnego warsztatu musi kopiować pomysły od innych, a jego jedyną wizją na wykorzystanie potencjału opowieści jest mdła i pełna banałów historyjka.

Starcze niemowlę zostaje podrzucone do domu na pierwszy rzut oka najbardziej odpowiedniego - spokojnej starości. Przygarnięty przez czarnoskórą opiekunkę Benjamin wraz z wiekiem coraz bardziej upodabnia się do pozostałych penitencjariuszy. Klimat tej części filmu jest żywcem zerżnięty z obrazów Tima Burtona - podobne tempo, estetyka i muzyka. Tyle, że u Burtona mamy zwykle masę ciekawych charakterów, nieszablonowy dowcip i poczucie, że kręcenie filmu sprawiało twórcom i aktorom niezłą radochę. Żaden z tych elementów nie występuje w dziele Finchera. Temat dziecka, które czuje się starcem nie potrafił wykrzesać z twórców Ciekawego przypadku kompletnie nic, co by wyrastało ponad głębię obserwacji filmów typu Opowieści z Narnii. Z pokracznego poruszania się ciekawie ucharakteryzowanego i komputerowo zmniejszonego Brada Pitta nic nie wynika, a całą przeszło godzinną sekwencję filmu można ograniczyć do dwóch wniosków - wychował się w domu starców, gdzie poznał młodą dziewczynkę, z którą los nie raz zapewne jeszcze go zetknie. Duży zawód.

Wraz z dorastaniem (czytaj: młodnięciem) Benjamina burtonowsko-dickensowski klimat zostaje porzucony na rzecz czegoś zgoła odmiennego. Najlepszym przychodzącym mi do głowy porównaniem są chyba Wichry namiętności. Film zmienia się więc z ciasnej i dusznej opowieści o pokurczonym dziecku w epopeję o piękniejącym z każdym rokiem mężczyźnie, którego los rzuca po różnych zakątkach świata. Poznajemy jego kompanów, przeżywamy romanse i oglądamy rozkręcającą się znajomość ze wspomnianą koleżanką z dzieciństwa (Cate Blanchett). Jaki tego wszystkiego cel? Nie wiem :/ Epizodyczne przygody Buttona są delikatnie mówiąc mało angażujące. Rozrastający się z kolei do roli głównego wątku związek z Daisy zbytnio razi momentami sztucznością i emocjonalnym zimnem, by utrzymać ciężar całego filmu. Zresztą to kolejny niewykorzystany potencjał - miłość starzejącej się kobiety i młodniejącego mężczyzny pokazana jest tak standardowo i nieciekawie, że doprawdy psychologia w Obcym 3 (inny film Finchera) była bardziej pogłębiona.

No jest biednie - filmowi brak jakiejś myśli przewodniej, czegokolwiek, co można by było uznać za motyw reżysera do podjęcia się żmudnej przecież pracy nakręcenia takiego dzieła. Chyba, że tym motywem była sama chęć męczenia Pitta wielogodzinną charakteryzacją i ogólny odpoczynek od tematu seryjnych morderców, fantazyjnych katów i rzeźników. Do tego cała narracja prowadzona przez umierającą ze starości na szpitalnym łóżku Daisy razi taką wtórną tandetą, że nawet Smażone zielone pomidory wydają się przy tym odkrywcze.

Żeby być jednak sprawiedliwym - na całkowite zrównanie z ziemią Ciekawy przypadek Benjamina Buttona nie zasłużył. Klimat, choć wtórny, jest naprawdę ciekawy, zdjęcia są malownicze, muzyka bez zarzutu, podobnie jak gra aktorska. Choć seans trwa 160 minut nie czuć znużenia, a to już sztuka sama w sobie. 10 nominacji do Oscara to jednak gruba przesada i te trzy zdobyte - za charakteryzację, efekty oraz scenografię to obiektywne maksimum na jakie film zasłużył. Żal jednak, że Fincher, pojechał po najniższej linii oporu i zamiast wycisnąć opowieść jak cytrynę tworząc dzieło, które przeszłoby do historii, nakręcił ładniutki filmik, ale o głębi równie okazałej, co biust Cate Blanchett.

Moja ocena:
6/10

wtorek, 31 marca 2009

Frost / Nixon




Odkąd Amerykanie męczą się w Iraku i Afganistanie (a może nawet dłużej) nie powstał chyba żaden porządny dramat polityczny, którego akcja rozgrywała by się wśród najwyższych szczebli władzy, a mi nieco już brakuje klimatu Białego Domu, Kongresu, wielkiej polityki i konfrontacji mocnych, dzierżących władzę charakterów (pomijam tu niedawne W. Stone'a, którego nie mam ochoty oglądać). Frost/Nixon wydawał się filmem doskonale nadającym się do tego, by tę pustkę wypełnić.

Teoretycznie spełnia wszelkie ku temu przesłanki. Mamy historię opartą na faktach, która dosyć mocno odcisnęła się w annałach zarówno historii USA, jak i historii telewizji. Pojedynek cwanego, słynnego dziennikarza i starego, przebiegłego lisa, mocno jednak wykrwawionego aferą Watergate i koniecznością ustąpienia ze stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wszystko na oczach milionów telewidzów, oczekujących igrzysk zakończonych przyznaniem się Nixona do winy i przeproszenia za nadużywanie władzy. To wspaniały materiał na film trzymający w napięciu, nakreślający głębokie charaktery i analizujący fascynujące zjawiska. Fakt, że finał przedstawionych wydarzeń jest znany każdemu zainteresowanemu tematem nie powinien na to negatywnie wpływać. Niestety materiał został wykorzystany połowicznie.

Film Rona Howarda można podzielić na dwie wyraźnie oddzielone od siebie części. Pierwsza pokazuje wszystko od narodzenia się pomysłu, przez przygotowania do wywiadu, szukania sponsorów, stacji tv, która to puści itp. W tej części film ogląda się świetnie, zakulisowe rozgrywki wciągają, a częste i dobrze wplecione przebitki z autentycznych relacji z tego okresu dodają wrażenia autentyczności. Nieco szalone i wydawałoby się naiwne działania Frosta, gospodarza talk-showów, który nagle wymyśla sobie pojedynek z prezydentem USA, są fajnie pokazane i rozpalają apetyt na samą konfrontację.

Ale ta niestety zawodzi na całej linii. Na to składa się kilka czynników. Przede wszystkim tu nie można mówić o żadnym pojedynku. Frost przedstawiony jest jako średnio rozgarnięty i pozbawiony charyzmy amancik. O ile starania o wywiad jakoś mu wychodzą, to same nagrania wyraźnie traktuje jako zło konieczne, całą swoją uwagę koncentrując na spłacie pokaźnych długów, które musiał zaciągnąć, by w ogóle rozmowa z Nixonem się odbyła. Jest rozkojarzony, nieprzygotowany i sprawia wrażenie, jakby się zastanawiał, co on w ogóle tam robi. Grający go Michael Sheen psuje tą nieciekawie nakreśloną postać jeszcze bardziej, dając momentami popis aktorskiej nieudolności. Cały jego acting opiera się na zniecierpliwionym wyrazie twarzy i uśmiechu dziwnie przypominającym Jacka Nicholsona. Nie wiem, jakim człowiekiem był prawdziwy Frost, ale ten filmowy nie dałby rady przeprowadzić porządnego wywiadu z Czarkiem Pazurą czy Dodą.

Gdzie mu tam do Nixona - pełnego inteligencji, sprytu i uroku człowieka doświadczonego przez życie. Nixon zjada Frosta na śniadanie pod każdym względem. Na grającego go Franka Langellę patrzy się z przyjemnością. Czuć aurę prawdziwego mentora, który jednak jest wystarczająco żywotny, by dać sobie radę wśród młodych rekinów showbiznesu. Nominacja do Oscara za tę rolę w stu procentach zasłużona. Tyle, że i tu wychodzi problem przy porównaniu bohatera z autentycznym pierwowzorem. Nixon według Howarda to prawdziwy mąż stanu, na pierwszy rzut oka niemal pozbawiony wad polityk. Owszem, ma grzechy na koncie, ale ich żałuje, chciał dobrze. Jak to się ma do obrazu człowieka, który nie wahał się podjąć próby manipulacji podczas kampanii wyborczej, łamał prawo międzynarodowe w Kambodży i doprowadził do największego kryzysu zaufania do rządu i urzędu prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych? Czy mówimy o tych samych osobach?

W jaki więc w ogóle sposób udało się bezbarwnemu dziennikarzynce zmusić Nixona do przyznania się do nadużyć władzy i przeprosin? Howard daje odpowiedź prostą. Zasługą Frosta było samo doprowadzenie do serii wywiadów. To nie była konfrontacja, to była rzeź dokonana przez Nixona, który jednak gryziony wyrzutami sumienia cały czas czekał na furtkę do wyznania win. Frost taką furtkę mu otworzył. Dzięki temu prezydent mógł sobie ulżyć, dopełniając niemal nieskazitelny filmowy wizerunek. Nie było w tym dramaturgii, napięcia, czy zaskoczenia. Tylko uczucie ulgi człowieka zmęczonego już ciężarem noszonego brzemienia.

Szkoda. Świetny materiał wygładzony do granic możliwości. Zamiast politycznego rozrachunku, analizy, czy porywającego filmowego pojedynku mamy polityczną poprawność i wyszlifowane wszelkie kanty niczym w Pięknym umyśle (jedno z poprzednich dokonań Howarda). Stracona szansa, choć na pewno nie jest to film zły. Mamy świetną rolę Langelli, jest dobra pierwsza połowa filmu i całość ogląda się płynnie i bez dłużyzn. Ale jest też tragiczna rola Sheena, zawiedzione nadzieje i dość mocno rażące uproszczenia w konstrukcji postaci. Jako filmidło zapewniające wieczorną rozrywkę mówię filmowi "tak", ale jako dramat polityczny najzwyczajniej w świecie nie daje rady. To po prostu kolejny ugrzeczniony film Howarda - na pewno nie tak zły jak Kod da Vinci, ale gdzie mu tam do werwy z jaką kręcił kiedyś Ognisty podmuch, czy Okup...

Moja ocena:
7/10