środa, 8 lipca 2009

Watchmen / Strażnicy




Kolejna ekranizacja komiksu i znowu superbohaterowie. Tym razem do ekranizacji wzięto kultowy ponoć (czy są w ogóle komiksy niekultowe?) Watchmen - obszerne, przegadane i oryginalne w swoim gatunku dzieło. Sam co prawda nigdy Strażników nie czytałem, ale relacja fanatyka komiksów (thx Iron:)) wyraźnie podkreślała ich walory pozaakcyjne. A to zawsze dawało jakąś nadzieję na coś wyróżniającego się pośród Hulków, Volverinów, czy innych gwiazd DC Comics i Marvela.

Najlepszy nawet temat jest jednak niczym przy dennym reżyserze (vide ostatni Terminator). Watchmeni mieli jednak to szczęście, że wziął się za nich Zack Snyder - gość, którego można chyba obecnie bez przesady nazwać wschodzącym artystą kina popularnego. Już Świt żywych trupów ukazał go jako niesamowicie sprawnego twórcę, potrafiącego nadać powiew oryginalności w nawet tak wymęczoną wielokrotnie i banalną opowieść o stadach zombie. Potem było 300 z jego wysmakowaną formą i niesamowitą realizacją. Strażnicy pokazują, że zmysł reżyserski Snydera cały czas się rozwija. Ze zręcznością Tarantino potrafi się poruszać po kliszach i schematach charakterystycznych dla filmów klasy B dorzucając do tego repertuar komiksowy. Wykorzystuje je jednak w inny od Quentina sposób - zamiast inteligentnej zabawy konwencją, mamy próbę podniesienia ekranizacji komiksów o poziom wyżej, w miejsce gdzie filmowa popkultura styka się z filmową sztuką. Zdaje sobie sprawę, że komiksowy rodowód filmu narzuca pewną prostotę, taki awans uniemożliwiającą, dlatego pracuje nad formą i tu osiąga niezaprzeczalne mistrzostwo.

Już pierwsza scena Watchmenów hipnotyzuje - rewelacyjna kameralna walka dwóch nadludzi przy akompaniamencie "Unforgattable" Nata Kinga Cole'a, kończąca się śmiercią Komedianta, byłego członka Strażników. Chwilę na ochłonięcie gwarantuje jedna z najlepszych czołówek filmowych jaką widziałem - świetnie skomponowane dzieje grupy Watchmenów z newralgicznymi momentami historii połowy XX wieku w tle, przy "The Times They Are A-Changin" Dylana. No rewelacja.

Jest 1985 rok, rozpoczęła się inwazja rosyjska w Afganistanie, w USA wszyscy odliczają minuty do wydawałoby się nieuniknionej wojny atomowej. Strażników już nie ma, grupa się rozwiązała, a dawni herosi w większości starają się wieść zwyczajne życie. Jedyni, którzy ujawnili swoją prawdziwą tożsamość - Dr Manhattan i Adrian Veidt (Ozymandiusz)- pracują nad nowym źródłem energii, która może okazać się ratunkiem dla świata. Tajemnicze i wyraźnie nieprzypadkowe morderstwo Komedianta od razu rodzi spekulacje, czy nie jest jedynie początkiem serii i zmusza Watchmenów do ponownego zacieśnienia współpracy.

Fabuła wyszukana nie jest, czuć jej komiksowy rodowód, jednak w przeciwieństwie do większości ekranizacji historii obrazkowych nie grzebie filmu. Skonstruowana według zasad rządzących kryminałami potrafi mocno wciągnąć widza powolnym odkrywaniem kolejnych elementów układanki prowadzącej bohaterów do odkrycia, któż chciałby się ich pozbyć. Co ważne, brak tu większych dziur logicznych, wszystko trzyma się kupy, no i w paru miejscach mamy całkiem ciekawe zwroty akcji. Dla mnie jednak największym zaskoczeniem było niespieszne tempo filmu, rzecz w podobnych superprodukcjach dziś nie do wyobrażenia. Pełno tu retrospekcji, budowania postaci poprzez ukazanie ich dawnych przeżyć - coś, co zwykle mnie mierzi (nie lubię łopatologicznego ukazania faktu, że ktoś jest np. socjopatą, bo w dzieciństwie tatuś go skrzywdził - i tu scena tego krzywdzenia. Nolan świetnie sparodiował to w Mrocznym Rycerzu, gdy Joker opowiada czemu jest, jaki jest), tutaj niemal w ogóle nie przeszkadza, a kilka wspominek jest po prostu świetnych. Na nie nakłada się bardzo duża jak na ten rodzaj kina liczba dialogów, całkiem sensownych i niegłupich. Tak po prawdzie, to na tym tle niektóre sceny akcji (bardzo efektownie zresztą zrealizowane) wyglądają na dodane na siłę, tylko po to, by oczekujący rozwałki widz nie wyszedł przypadkiem znudzony z kina. Osobiście, choć na kości łamane w bullet time'ie miło popatrzeć, chętnie bym wyrzucił ze scenariusza śmieszny gang w wąskiej uliczce, czy płonący wieżowiec, bo najzwyczajniej w świecie psują one klimat.

Tak przechodzimy do narzekania, którego jednak wiele nie będzie. Większość problemów filmu bierze się w prostej linii z wad samego komiksu i słabości jego scenariusza. Przeciągnięte do absurdu niektóre sceny (pogrzeb), czy na siłę wrzucone te, które mają nieco widza ożywić, to zarzut akurat najmniejszy. Większy problem miałem z konstrukcją samej historii i jej przełomowych momentów. Bardzo ważną rolę nadaje się tu pytaniu, kto jest ojcem jednej ze strażniczek. Jak dla mnie pytanie banalne, nijak mające się do problemów dorosłych ludzi i stojącego na krawędzi katastrofy świata, tu ma nadaną rolę nadrzędną i właściwie zdecyduje o wszystkim. Strasznie to naiwne i razi poziomem Czarodziejek z Księżyca. Choć Snyder ponoć komiksowy był strasznie wierny, to nie miał oporów, by zmienić najważniejsze - końcówkę. Ta w filmie naprawdę jest spoko i nie rozczarowuje. Jak usłyszałem, w jaki sposób kończy się komiks, oniemiałem - naprawdę dzięki Ci Zack za taką decyzję. Ale skoro powiedziałeś A, to trzeba było powiedzieć i B, zmieniając resztę komiksowych banałów (motyw z ojcem, scena na Marsie).

Więcej grzechów nie pamiętam, pod każdym innym względem Strażnicy w swoim gatunku wymiatają. Zdjęcia to właściwie klasa sama dla siebie, żałuję, że nie widziałem filmu w kinie. Muzyka to potęga, choć bardziej chodzi tu o dobór znanych utworów do ilustrowania danych scen, niż pracę kompozytora na potrzeby filmu. W ogóle pod względem realizatorskim film jest doskonały. Nie tak dawno w recenzji Hulka zastanawiałem się po co robić ekranizację komiksu z postacią, która nie może nie wyglądać komicznie na ekranie. A w Watchmenach mamy niebieskiego, świecącego człowieka z dyndającym mu wiecznie niczym diodowa jarzeniówka fiutem, o mocach, których zazdrościłby mu sam Superman - i co? I wcale nie jest komiczny (no może poza pierwszą sceną), czyli jednak się da.

Nie będę ukrywał, że Strażnicy mnie ujęli - formą, realizacją i dorosłym podejściem do tematu. Zmęczone, zwyczajne twarze ludzi, którzy kiedyś byli herosamii, przytłaczająca ciężka atmosfera, te zdjęcia, brak kompromisów, by filmowi obniżyć liczbę przy PEGI (jest naprawdę bardzo brutalny) i wiara w inteligencję dorosłego widza - wszystko to składa się w najlepszą dla mnie ekranizację komiksu o superbohaterach, jaką widziałem. Rok temu dałem 9/10 Mrocznemu Rycerzowi i teraz mam kłopot, bo Strażników cenię wyżej. W Batmanie 30% (jak nie więcej) wartości opierało się na postaci Jokera, tak niesamowicie wykreowanej przez Heatha Ledgera. On przytłaczał wszelkie niedoróbki, których przecież nie brakowało. Watchmeni są dużo równiejsi, żaden element nie wychodzi tak na plan pierwszy, wszystko jest niemal perfekcyjne. Przezornie jednak wyższej oceny im nie dam, bo co będzie, jak za rok z Hollywood wykluję się coś jeszcze lepszego? :) W każdym razie, kto nie widział, niech zanotuje ten tytuł i obejrzy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Naprawdę warto.

Moja ocena:
9/10

środa, 1 lipca 2009

Seven Pounds / Siedem dusz




No i w krótkim okresie czasu Will Smith trafił mi się po raz drugi. Hancock okazał się pomyłką, Siedem dusz musiało być lepsze. To jeden z tych specyficznych filmów, który mimo stosunkowo niewielkiej reklamy stał się szeroko rozpoznawany w Polsce. Ludzie o nim mówią, wielu się zachwyca, właściwie strach jakąś dezaprobatę wyrazić, ale ja tam oszczędzać sobie nie będę :)

Nie ukrywam, że Willa Smitha lubię od momentu jak pierwszy raz przed kilkunastoma laty zobaczyłem Bajer w Bel-Air. Od tamtego czasu zawodził rzadko. Choć jego filmy nigdy wymagającymi dla widza nie były, to zapewniały w większości kawał porządnej rozrywki. 2008 rok zdecydowanie nie był jednak dla niego udany pod względem artystycznym. O Hancocku ostatnio pisałem - pomylona, nieprzemyślana i tandetnie poprowadzona komedio-parodia skręcająca w stronę emodramatu. Niestety Siedem dusz pod względem tandety również bije kilka rekordów :/

Twórcy chcieli zrobić wyciskacz łez, film mocno grający na uczuciach. Można to zrobić inteligentnie, niejako mimochodem, przedstawiając jednocześnie coś wartościowego. Można też zrobić to na chama, ładując do filmu wszelkie możliwe wzruszacze i uczuciowe manipulatory. W przypadku Siedmiu dusz wybrano niestety drugie rozwiązanie. Fabuły tego filmu nie da się opowiedzieć bez spoilerów, więc ostrzegam: [Spoiler mode on]. Grany przez Smitha bohater to bardzo smutny człowiek. Nie chce żyć, obmyślił plan swojej śmierci, ale pragnie, by przysłużyła się ona jak największej liczbie osób. Selekcjonuje więc grupę chorych potrzebujących jego organów i poddaje ją obserwacjom oraz testom, by wyeliminować te jednostki, które jego wątróbki czy oczka godne nie są. W swoim planie jest bardzo zdeterminowany i nikomu nie daje sobie wybić go z głowy. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy na wybrankę dla swojego serca (dosłownie) wybiera pewną atrakcyjną, samotną kobietkę (Rosario Dawson) i chęć życia zaczyna dawać o sobie znać [Spoiler mode off].

Historyjka dość wydumana, ale jeszcze do przyjęcia. Niestety reszta spłaszczona jest maksymalnie. Motywacje głównego bohatera pokazane są w taki sposób, że fałszem i filmowością zalatują na kilometr. O ile motyw odkupienia jeszcze do mnie trafia, tak jego sposób jest wybujały i nielogiczny (są lepsze drogi na pomoc większej liczbie osób). Zresztą, nie wiem, ale temat jest na tyle poważny, że sposób ukazania go w formie płaczliwego dramatu/romansidła totalnie do mnie nie przemawia i kojarzy mi się z jakąś profanacją. Tutaj potrzeba było dużego wyczucia i delikatności, a tych wyraźnie autorom brakuje.

Dramat głównego bohatera, miotającego się między chęcią życia, a potrzebą ukarania się i zadośćuczynienia wiarygodnie wygląda tylko na początku i powraca w końcowych scenach. Pomiędzy tym widzimy do bólu bezinteresownego anioła, który pragnie pomóc innym. Szczęśliwcy, których wybrał poddają się inwigilacji i przyjmują jego łaskę bez zająknięcia. Strasznie to wszystko naiwne. By jednak dramat ten był jeszcze bardziej dramatyczny, zesłano wspomnianego anioła na piękną i równie dobrą, ale chorą anielicę. Miłość kwitnie, zbędne pytania nie padają, choć ptaszki ćwierkają, że wiecznie to trwać nie może.

Dużo tej ironii, może za dużo, ale nie lubię silnej emocjonalnej manipulacji za pomocą ciężkich narzędzi. Jak już ktoś chce się pobawić emocjami odbiorcy, niech robi to jak Cormac McCarthy w Drodze, czy, zostając w tematyce filmowej, Nick Cassavetes w Pamiętniku. W przeciwnym wypadku zamiast łapiącej za serce i angażującej uczucia opowieści, w miarę wyrobiony widz momentalnie wyczuje fałsz i pozostanie obojętnym, tak jak dzieje się to właśnie w przypadku Siedmiu dusz.

Nie wszystko jednak w filmie leży. Z harlequinowskiego dołka dźwigają go przede wszystkim aktorzy. Rola Smitha jest bardzo porządna, naprawdę żal, że ten aktor jest mocno niedoceniany i poza roli w Alim wiele ciekawego do grania w życiu nie dostał (chyba, że dostał i odrzucił:)). Kroku dotrzymuje mu Rosario Dawson, choć stylizowana na osobę chorą, to trudno odmówić jej wdzięku i charyzmy. Wszystkich kasuje jednak zapomniany już Woody Harrelson - kilkanaście minut na ekranie wystarczyło, by mocno zaznaczył swoją obecność.

Siedem dusz ogląda się gładko, podstawowe rzeczy mocno irytują, ale nietrudno jest dać się ponieść opowieści. Dlatego jestem w stanie zrozumieć zachwyty nad nim, szczególnie ze strony płci pięknej, wyposzczonej w ostatnim czasie filmów łapiących za serducho. Ciekawy montaż, sprawna realizacja - od strony rzemieślniczej trudno coś zarzucić. Problem tkwi gdzie indziej i jest na tyle poważny, że spycha film na granicę kiczu, momentami ją przekraczając. Odradzać seansu jednak nie będę, niech każdy wyrobi własną opinię.

Moja ocena:
5/10

sobota, 27 czerwca 2009

Hancock




Ponoć to miała być oryginalna opowieść o człowieku z super-umiejętnościami, który nie potrafi sobie poradzić z ciążącą na nim presją. Ponoć to miał być mroczny film, niepozbawiony elementów typowych dla filmowego dramatu. Ponoć to miało być odświeżające spojrzenie na nadprzyrodzone umiejętności, które mogą okazać się sporym brzemieniem. Te zamiary nawet czuć w jednej scenie czy dwóch, a cała reszta to bzdurna komedyjka dla 5-latków.

Will Smith gra herosa-degenerata - nie rozstaje się z flaszką, śpi na miejskich ławkach, a wezwany do pomocy w przypadkach, z którymi policja czy inne służby poradzić sobie nie mogą, zwykle pozostawia po sobie większe zgliszcza niż niejeden oddział talibów. W końcu natrafia jednak na speca od wizerunku (Jason Bateman), który za cel postawił sobie zrobienie z Hancocka wzorowego obrońcy miasta. Bohatera bardziej niż wizja latania po mieście w przepisowym stroju pseudoX-mana pociąga jednak żona PR-owca (Charlize Theron)...

Na podstawie takiej historii nakręcono film, którego właściwie nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Zaczyna się jak komedia, czy też wręcz parodia filmów o superbohaterach, by zakończyć się niczym łzawy dramat. Na początku jest nawet nieźle, a kilka gagów potrafi rozbroić. Problem w tym, że jeżeli widziało się trailer filmu, to zna się już każdą śmieszną sytuację. Film nie oferuje dosłownie nic więcej. Mało tego - część scen na trailerze wygląda lepiej niż w filmie (choćby scena z kobietą, którą Hancock próbuje poprawnie politycznie uratować). W pewnym momencie pojawia się jednak zdecydowany zwrot akcji i film z sympatycznej komedyjki przemienia w pozbawiony najmniejszego sensu melodramat z nadprzyrodzonymi mocami w tle. Poziom głupoty niektórych scen jest przytłaczający, podobnie jak banialuki wypływające z ust bohaterów.

Byłaby totalna masakra, gdyby nie Will Smith i Charlize Theron. Szczególnie Theron wygląda tu dobrze (wreszcie!) i interesująco. O grze aktorskiej pisać nie będę, bo wiele do grania tu nikt nie ma. Na tę dwójką aktorską patrzy się jednak z pewną przyjemnością. Cała reszta elementów filmu stoi jednak na dość przykrym poziomie i właściwie niezrozumiałym jest, co takie gwiazdy w tej produkcji robią. Osobie odpowiedzialnej za scenariusz wydałbym dożywotni zakaz pisania czegokolwiek, największe nawet klisze i schematy tego gatunku byłoby lepsze niż to, co rozgrywa się w końcówce Hancocka na ekranie.

Zdecydowanie nie spodziewałem się tu nic poza w miarę przyjemnego filmu na odmóżdżający wieczór. Ale Hancock mnie zaskoczył i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Jesteś ciekawy filmu, obejrzyj trailer, inaczej stracisz 90 minut, a i tak nic ciekawszego nie zobaczysz. Mam ochotę ocenić film na 2, ale za Theron dodaję punkcik. Omijać z daleka.

Moja ocena:
3/10

piątek, 5 czerwca 2009

Terminator Salvation / Terminator: Ocalenie




Dawno już nie byłem w kinie na premierze. Na nowego Terminatora poszedłem trochę z ciekawości, trochę z braku laku, bo obok Wojny polsko-ruskiej nic ciekawego w mulipleksach obecnie nie grają. Jak wrażenia? Kiepsko ze wskazaniem na stany średnie, ale po kolei.

Druga część Terminatora to dla mnie absolutna klasyka. Film doskonale łączący świetne sceny akcji, rewolucyjne wówczas efekty z niezłym scenariuszem i dramatem rozpisanym na 4 osoby. Film powstał w 91 roku, a dalej uchodzi za niedościgniony pod wieloma elementami wzór. Co najważniejsze - ludzie ciągle go wspominają. O najnowszej części za 18 lat nie będzie pamiętał nikt.

Miało być inaczej, seria miała zaliczyć nowy start - zerwanie z naszymi czasami, ukazanie konfliktu z maszynami od środka, Connor nie miał być już dzieckiem predestynowanym do roli zbawcy ludzkości, a zbawcą we własnej osobie. I w gruncie rzeczy tak jest. 2018 rok, nasza cywilizacja zniszczona, niedobitki formują ruch oporu w walce z pozornie niepokonanym wrogiem. Ta wizja przedstawiona w filmie spełnia oczekiwania, przywodząc nieco skojarzenia ze światem Fallouta. Jest szaro, apokaliptycznie i beznadziejnie. Szkoda, że inne elementy temu nie dorównują.

Zawodzi to, z czym obecnie w Hollywood mają największy problem - scenariusz. Ogólny zarys nawet nie jest zły - pojawia się szansa na wykorzystanie słabości maszyn, a do obozu Connora trafia tajemniczy osobnik, o którym od pierwszych scen filmu wiadomo, że zwykłym człowiekiem być nie może. Problem tkwi w szczegółach. Zamiast napisać zgrabną historyjkę, podczas której napięcie będzie rosło aż do efektownego finału, harmonijnie łączącą sceny akcji z linią fabularną, popełniono ten sam grzech co w najnowszym Bondzie - scenariusz to jedynie z góry olany i niedopracowany pretekst do kolejnych scen rozwałki. To sprawia, że właściwie nie istnieje w nowym Terminatorze coś takiego jak napięcie. Oszem jakieś pojedyncze potyczki potrafią spowodować lekkie zaniepokojenie, ale zaraz po ich zakończeniu powraca się do totalnie beznamiętnego seansu, podczas którego człowiek większą uwagę zwraca na techniczne dopracowanie robotów i niż los bohaterów. Dodatkowo liczbą dziur logicznych i różnych nieprawdopodobieństw można by było obdzielić kilka innych blockbusterów. Naprawdę momentami film wymaga od widza bardzo dużo samozaparcia, by przymknąć oko na kolejne idiotyzmy. Zdecydowanie nie sprzyja to budowaniu atmosfery.

Reżyserię powierzono z totalnie niezrozumiałych dla mnie względów McG-owi, autorowi dwóch potworków o Aniołkach Charliego i... właściwie to on nic innego nie nakręcił. Niestety w filmie wyraźne jest to aż nadto. Doświadczenie z teledysków bierze górę nad filmowym (choć w sumie Aniołki to też były rozrośnięte teledyski) - akcja pędzi na łeb, na szyję, po niemal każdej scenie akcji natychmiast następuje kolejna. Nie ma przestojów, które choć trochę mogłyby nam przedstawić bohaterów, trochę udramatycznić całość - gdzie tam, tu dramatyzm ma dawać niema dziewczynka, postać niemal żywcem zerżnięta z bodaj drugiego Mad Maxa (tyle, że tam był chłopiec) i masakrycznie przegięta końcówka, z poziomem patosu i poświęcenia, który by nie przeszedł pewnie nawet w Klanie, czy M jak Miłość.

Zresztą cały finał to dla mnie porażka. O ile do czasu finałowej akcji film mi się jako tako podobał i byłem pewny, że 7/10 to ocena sprawiedliwa, tak oglądając to czym McG uraczył nas na koniec, po głowie mi chodziło tylko: What the fuck???? Tam już nic nie ma sensu, od zachowań bohaterów, po ilość przeciwników. Nie wiem jakim cudem ludzie nie wygrali tej wojny kilka lat wcześniej.

Jednego jestem pewien - nowy Terminator wykreuje nową gwiazdę, Sama Worthingtona. Gość naprawdę gra fajnie i ma cechę nieczęsto dziś spotykaną - jest przystojny, a przy tym wyrazisty i charakterny. Z Christianem Balem (gra na swoim standardowym, dobrym poziomie) stworzyli naprawdę udany duet, niestety ledwie troszkę wykorzystany. McG miał moim zdaniem w łapach prawdziwą bombę na elektryzującą parę aktorską, czuć to doskonale w scenie ich pierwszego spotkania. To na nich, a nie na głupkowatej akcji i efektach powinien się opierać fundament filmu. Tymczasem są jedynie wisienką na tortowym zakalcu.

Co jeszcze wypadło fajnie? Zdjęcia. Kilka ujęć jest naprawdę fajnych i pozbawionych cięć. Operator wykonał dobrą robotę. Podobała też mi się jedna, ale za to długa i efektowna scena akcji rozpoczynająca się na stacji benzynowej. To chyba jedyny moment w całym filmie, gdzie nieco przejąłem się losem bohaterów. Atrakcją mogłyby być też odwołania do wcześniejszych części, gdyby nie fakt, że McG wsadził ich całą masę, zazwyczaj na siłę i bez sensu ("I'll be back", skok motoru z mostu, Arnie).

Ech, pewnie gdyby to nie był Terminator, to filmowi by się tak nie dostało. Oglądać się to da, dwie centralne postaci są super, efekty dają radę, zdjęcia są ok... ale to jest Terminator do cholery, albo powinni nakręcić coś wyjątkowego, albo odpieprzyć się od serii i pozwolić jej przejść do historii. Ale nie, oni musieli..., nawet reżysera nie chciało im się znaleźć sensownego. Wymęczyli Indianę Jonesa, wymęczyli Terminatora, a teraz czeka nas kolejne wskrzeszenie - reboot Aliena. Amerykańce potrafią zarżnąć każdą legendę.

Moja ocena:
6/10

piątek, 22 maja 2009

Trafiłem na Gamecornera :)




Nagły skok ilości odwiedzin, krótkie śledztwo what's up i okazało się, że Prosto z ekranu zostało zauważone przez mój ulubiony blog (a właściwie już coraz bardziej profesjonalną stronę) o grach. Nie jest to może bardzo eksponowane miejsce, ale miło, że komuś moja radosna twórczość się podoba :)

Link znajdziecie tu

Co prawda wpisów o grach za dużo u mnie nie ma, ale co zrobić jak gra się ostatnio właściwie tylko w multi CoD4 i FM2009? ;>

Pozdrawiam wszystkich Gamecornerowiczów :)

sobota, 16 maja 2009

What just happened / Co jest grane?




Barry Levinson lubi kręcić filmy, które w humorystyczny sposób pokazują absurdy pewnych procesów czy środowisk. Czasem wychodzi mu to genialnie (Good Morning, Vietnam), czasem "tylko" dobrze (Fakty i akty), zawsze są to jednak obrazy interesujące. Nie inaczej jest w przypadku What just happened, gdzie bierze się za bary ze środowiskiem producenckim Hollywood.

Cały film to esencja kilku dni kariery producenta filmowego Arta Linsona (Robert de Niro). Choć uznany jest za ścisłą czołówkę branży, to z pewnością jego życie trudno nazwać sielanką. Niemilknąca komórka, wieczne problemy z byłymi żonami, użeranie się na planie z Brucem Willisem, który ubzdurał sobie, że nie zgoli pokaźnej brody, czy konieczność robienia dobrej miny do złej gry, gdy wytwórnia żąda zmiany kontrowersyjnego zakończenia w gotowym już filmie z Seanem Pennem (świetny motyw) - ot codzienność hollywódzkiego producenta :) Aż dziw bierze, że w tym zawodzie da się wytrzymać więcej niż miesiąc.

Ktoś mógłby powiedzieć, że film koloryzuje i wyolbrzymia ku uciesze widzów sposób funkcjonowania tamtejszego światka. Należy jednak pamiętać, że Linson to postać autentyczna (wyprodukował m.in. Fight Club i Gorączkę), będąca zresztą autorem scenariusza do Co jest grane?. Przedstawione w nim wydarzenia prawdziwe z pewnością nie są, jednak czuć, że Linsonowi zależało na jak najbliższym prawdy obrazie, choć ukazanym z dużym, pełnym humoru dystansem. I to mu się w pełni udaje. Obserwowanie, jak powodzenie wielkiego filmowego projektu może zależeć od kaprysu gwiazdy, podobnie zresztą jak kariera zdolnego reżysera od wymagań zachowawczych, uzależnionych od statystycznych wskaźników sponsorów, dostarcza masę frajdy i jest najzwyczajniej w świecie ciekawe. Nie ma tu jakiejś wielkiej analizy, ale też Levinson w żadnym filmie nigdy jej nie próbował. Robi to, co umie najlepiej - wskazuje absurdy śmiejąc się z nich, działało to rewelacyjnie w Good Morning, Vietnam, działa całkiem nieźle i tutaj. Film dzięki temu nabiera lekkości, ale też skłania ku refleksji, jacy to ludzie pasą nas kinową rozrywką i decydują co ma nam się podobać.

De Niro, który w ostatniej dekadzie upadł tak nisko, że po prostu żal było momentami patrzeć (Godsend, Hide and seek), wreszcie pokazał, iż ciągle tkwi w nim kupa talentu. W rolę Linsona wciela się wręcz koncertowo. Oby to był początek okresu, w którym zacznie czytać scenariusze przed wyrażeniem zgody na rolę w filmie. Mnie jednak najbardziej zaskoczył Bruce Willis. Nie wiem na ile jego wizerunek z filmu to autoportret, ale jeżeli faktycznie jest tak impulsywnym, upartym i zdziecinniałym facetem, to do tych cech należałoby jeszcze dodać fenomenalny dystans do własnej osoby. Brawa za granie samego siebie, ma mój dożywotni szacun :)

Na Filmwebie What just happened ma delikatnie mówiąc niską średnią ocen, niewiele lepiej jest na imbd.com. Z ciekawości przebrnąłem przez kilkadziesiąt komentarzy niezadowolonych i poza wyczerpującymi uzasadnieniami w rodzaju "Kicha!", większość osób za największą wadę filmu wskazywała fakt, że to nie jest śmieszna komedia, że szli do kina się rozerwać, spodziewając się czegoś w rodzaju Poznaj moich rodziców (na co z pewnością miał wpływ polski plakat). No cóż, ja mogę tylko dziękować Levinsonowi, że jego dzieło do tego filmu podobne nie jest. Na pewno nie jest to "śmieszna" (inaczej) komedia. Jak ktoś lubi filmy ze Stillerem, lepiej niech obejrzy dość w ogólnym zamiarze (i tylko w nim) podobne Jaja w tropikach. Ci, którzy na Stillera patrzeć nie mogą, niech nie zrażają się ocenami i śmiało oglądają Co jest grane?. Żałować nie powinni.

Moja ocena
7,5/10

czwartek, 14 maja 2009

Appaloosa




Choć western umarł, to trzyma się nieźle. Na wielkie megahity w tym gatunku nie ma chyba co liczyć, ale chociażby 3:10 do Yumy bardzo pozytywnie zaskoczyła i pokazała, że da się jeszcze nakręcić w tych realiach film atrakcyjny, nienaznaczony brzemieniem Brokeback Mountain i nie mulący jak Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda. Appaloosa wpisuje się właśnie w ten nurt - niegłupich westernów z ciekawą akcją i dobrze zarysowanymi charakterami.

Klimat Dzikiego Zachodu ma w sobie coś przyciągającego, ale nie ten z Rio Bravo czy Siedmiu Wspaniałych, a ten prawdziwy, brudny, pełny pyłu i brutalny. Appaloosa jest nim przesiąknięta. To nazwa małej, typowej dla tamtego okresu mieściny, zbudowanej przy linii kolejowej na wyjałowionej ziemi. Osadnicy próbują jakoś sobie radzić, lecz okolicę terroryzuje banda pod przywództwem Randalla Braga (Jeremy Irons), który bez wahania potrafi zabić nawet szeryfa i jego zastępcę. Do miasteczka zostaje więc ściągnięty Virgin Cole (Ed Harris), który wraz ze swoim małomównym partnerem Everettem Hitchem (Viggo Mortensen) od lat rozwiązuje podobne problemy. Standardowa robota szybko się komplikuje, gdy do miasteczka trafia damusia Allison French (Renee Zellweger), na punkcie której odbija Cole'owi.

Jak sami widzicie zalążek akcji jest wyjątkowo standardowy. Wszystko co potem już takie standardowe nie jest. Akcja ma kilka naprawdę fajnych zwrotów, a najlepszy jest w nich fakt, że nie są one jedynie prostym wymysłem scenarzysty, lecz wynikają z wyjątkowo oryginalnej charakterystyki bohaterów. Właściwie nikt nie jest tu taki, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Oglądając całkowicie pokręcony związek Cole'a z Allison ręce wręcz same składają się do oklasków. Harris (który oprócz grania głównej roli ten film reżyseruje :)) zabawia się tu westernowymi archetypami i trzeba przyznać, że robi naprawdę z dużym wyczuciem i humorem. Swoim postaciom poświęca sporo czasu, nie pogania z akcją, ale cały czas kontroluje tempo, by nie pojawiły się dłużyzny, tak charakterystyczne dla ostatniego filmu o Jessie Jamesie.

Jednak z tej prostej w sumie historyjki nie dałoby się wycisnąć tyle, gdyby nie bardzo dobre aktorstwo. Szczególnie Ed Harris zasługuje na uwagę. Ostatnio żaden reżyser nie prowadził go tak dobrze, jak on sam siebie :) Problem jest z Zellweger, która początkowo wzbudza ogólną wesołość niepasującym do konwencji wyglądem, z czasem jednak świetnie się wtapia w graną rolę. Tylko się cieszyć, że Harrisowi udało się zebrać (zapewne po znajomości) na planie niskobudżetoego filmu takich aktorów i że tym autentycznie zależało, by jak najlepiej wypaść. Ten niewielki budżet czasami jednak czuć. Appoloosa wygląda na miasteczko niemal wymarłe, a postawione w niej chatki nie ukrywają, że są tylko częścią zdjęciowego planu. Do tego czasami wymagane jest od widza zbyt mocne przymknięcie oka na różne nieprawdopodobieństwa, czego nie lubię.

Nic to jednak wobec faktu, że mamy tu do czynienia z niewielkim, ale oryginalnym i bardzo klimatycznym westernem. Żadne to arcydzieło, ale miła niespodzianka w rzadko już eksploatowanym gatunku. Dla mnie jeden z przyjemniej spędzonych filmowych wieczorów tego roku. Polecam.

Moja ocena:
8/10