poniedziałek, 21 września 2009

Dystrykt 9 / District 9




Choć od czterech lat Peter Jackson głównie wypoczywa, od czasu do czasu zerkając do scenariusza Hobbita, jego nazwisko ciągle jest synonimem dobrego widowiska, reklamą wystarczającą do wypromowania dowolnej produkcji. Wystarczyło wynaleźć oryginalną 6-minutową krótkometrażówkę, wspomóc jej twórcę sumą wystarczającą do nakręcenia pełnowymiarowego dzieła i podpisać się pod całością, by dość skromny, kręcony poza hollywódzkim nurtem film stał się jedną z najbardziej wyczekiwanych premier 2009 roku. Mało kto jednak planując wizytę w kinie pamięta, że nie Jackson, a Neill Blomkamp stał za kamerą Dystryktu 9 - reżyser w wielkim świecie filmu dopiero raczkujący i choćby dlatego zachowanie pewnej dozy nieufności jest zdecydowanie wskazane.

Główna oś fabuły może się podobać. Przed ponad dwudziestoma laty nad Johannesburgiem zawisł olbrzymi statek obcych. Po miesiącach bezskutecznych oczekiwań na kontakt, ludzie postanowili wedrzeć się do środka, gdzie zastali setki tysięcy umierających krewetkopodobnych przybyszów. Z myślą o ich przetrwaniu utworzono specjalny obóz, tytułowy Dystrykt 9, gdzie przez dwie dekady trzymani są w fatalnych warunkach. Bliska obecność tego swoistego getta, źródła przestępczości i silnych napięć międzygatunkowych spotyka się z ostrym niezadowoleniem ze strony mieszkańców miasta. Pada więc decyzja o wyeksmitowaniu obcych do nowego miejsca, tym razem z dala od siedlisk ludzi, gdzie ich obecność przestanie być problemem.

Trailery zwiastowały pseudodokumentalny styl narracji i tak początkowo jest w istocie. Historię kontaktu, migawki z życia dystryktu, przedstawienie bohaterów i próby eksmisji oglądamy niczym film wyprodukowany przez Discovery czy Planete. Blomkamp wykorzystał tu chyba wszelkie możliwe "pozafilmowe" sposoby obrazowania zdarzeń - od urywków telewizyjnych wiadomości, przez widoki z kamer przemysłowych, kamer stacjonarnie mocowanych na potrzeby wywiadu, po ujęcia "z ręki". Cały ten misz-masz zostaje jednak porzucony, gdy zawiązuje się właściwa akcja i żadnego z rejestratorów obrazu nie ma w pobliżu. Efekt ciekawy, choć początkowo mocno dezorientujący i niestety będący w dużej mierze sztuką dla sztuki. Owszem, kilka ujęć jest ciekawych, ale całość sprawia wrażenie wprawki dla reżysera, który chce pobawić się formą i montażem.

Rzeczą ciężką do przełknięcia zarówno dla przeciętnego widza, jak i miłośnika hard sci-fi, może być sposób przedstawienia obcych. Humanoidalne krewetki z oczami E.T., dostające świra na punkcie kociego żarcia i przejawiające zachowania oraz uczucia typowe dla ludzi, dość mocno utrudniają traktowanie filmu serio. Do tego większość z nich, to niepotrafiące powstrzymać agresji debile, dające sobą manipulować niczym inteligentniejsze małpki. Daleki jestem od dzielenia wizji tajemniczych szarych obcych z wielkimi czarnymi oczami, ale wizja Blomkampa kieruje Dystrykt 9 niebezpiecznie w stronę groteski. Bo czymże innym jest przykładowo mężna krewetka (tak nazywa się przybyszów w filmie), która jest świetnym tatusiem dla swojego rozkosznego synka, albo inny przedstawiciel tego gatunku, który tak łaknie whiskasa, że wpiernicza go razem z puszką?

Tutaj należałoby się zatrzymać i zastanowić, czy właśnie cały ten film nie jest jedną wielką zgrywą. Mamy tu ciapowatego bohatera, który oczywiście zmierzy się ze swoimi słabościami, karykaturalnych obcych, złą korporację łaknącą nowych technologii, do szpiku kości przesiąkniętego jadem przeciwnika wchodzącego do akcji w otoczeniu dymu, brutalnych Nigeryjczyków zjadających krewetki, by posiąść ich siłę, jest nawet strzelanie świnią (dosłownie) - tu tak naprawdę wszystko ociera się o pastisz, a całe to "dokumentalne" wprowadzenie jest... no właśnie, czym? Zabawą z widzem, by nastawić go na naśladującą rzeczywistość relację z bliskiego kontaktu 3-go stopnia po 20 latach, a potem brutalnie to wyśmiać? A może faktycznie jedynie ćwiczeniem początkującego reżysera, który rozszerza formę zaprezentowaną w swojej krótkometrażowej opowiastce?

Choć wiele osób na forach próbuje przyrównywać Dystrykt 9 nawet do Blade Runnera, ja widzę tutaj raczej miks klisz i schematów charakterystycznych dla kilku gatunków kina klasy B, w tym nawet kina familijnego - miks świadomy, momentami inteligentny i udanie obnażający powielane tysiące razy motywy. Ale nie oszukujmy się, Blomkamp to nie Tarantino, brak tu błysku, oryginalności (zabierzmy "obcą" otoczkę i co zostanie?) i prawdziwego poczucia humoru. Nadzieje na dobry film sci-fi uciekają szybko, zamiast tego zostaje średnio udany produkt, który można reklamować napisem "Hot Fuzz w krewetkach". Nie przekonuje mnie też stawianie obcych i ich getta jako alegorii obozów dla czarnych uchodźców, a wszelkich obostrzeń dla przybyszów za odwołanie do apartheidu. Ta analogia jest zamierzona i oczywista. Tyle, że jeśli miała ona jakiś cel, to 6-minutowym pierwowzorze. Tutaj zostaje całkowicie zbanalizowana przez idiotyczną akcję.

Nie można za to reżyserowi odmówić bezkompromisowości w przedstawianiu przemocy. Ciała eksplodują tu niczym mydlane bański, a członki walają się rozdeptywane po ziemi. Wszystko to jednak (może poza scenami egzekucji) podane jest z pewnym przymrużeniem oka, niczym w grach komputerowych, jakby nad całością unosił się duch Jacksona trzymający w ręku kopię Martwicy Mózgu. Zdecydowanie to jednak miła odmiana po ostatnich Terminatorach i innych bezkrwawych blockbusterach skierowanych do 13-latków. Z brutalnością ładnie współgrają efekty specjalne. Mimo iż jest ich dużo, to nie rzucają się bardzo w oczy, wypadają naturalnie i daleko im od irytującej sztuczności chociażby Transformerów. Podobnie bez zarzutu prezentuje się muzyka, choć oglądając slumsy z podniebnej perspektywy przy afrykańskich dźwiękach miałem wyraźne poczucie deja vu - Helikopter w ogniu sam nasuwał się na myśl.

Ocena Dystryktu 9 nie jest łatwa. Na pewno film ten nie jest tym, czym miał być według trailerów. Science-fiction z niego kiepski - pełny absurdów, nieprawdopodobieństw (wielokrotnie przeszukiwani obcy, nie mający prawa do posiadania broni, bez problemu sprzedają wielkiego mecha), z irytującym bohaterem i oklepaną fabułą. Jako parodia/pastisz (a więc patrząc z przymrużeniem oka) jest już lepiej, ale dalej to nie jest poziom, który można by z czystym sumieniem polecić. Jako kino z przesłaniem gubi się pretekstowym potraktowaniem ważnych kwestii, wykorzystując je jedynie instrumentalnie do zbudowania klimatu.

Swego czasu zwróciły moją uwagę dwa filmy reklamowane na plakatach przy użyciu nazwiska Tarantino - Oldboy i Hostel. O ile ten pierwszy okazał się faktycznie warty wsparcia mistrza, tak Hostel był całkowitym nieporozumieniem. Podpisywany nazwiskiem producenta, Petera Jacksona, Dystrykt 9 postawiłbym gdzieś pośrodku. Obejrzeć można, przegapić też - nic się nie stanie. Jacksonowi wielkiej ujmy nie przynosi, ale mógł z pewnością włożone w film pieniądze ulokować lepiej. Jak dla mnie spore rozczarowanie.

Moja ocena:

5/10

wtorek, 21 lipca 2009

The Shield / Świat gliniarzy




Jakiś czas temu The Times opublikował listę najlepszych amerykańskich seriali z ostatnich lat. Mając ochotę na coś "policyjnego" przerobiłem najpierw cały sezon pierwszego na liście The Wire. To świetna, realistyczna produkcja pokazująca pracę policji w niezwykle szczegółowy sposób. W jej największej zalecie, tkwi jednak i największa słabość - bywa nudno, niespiesznie i trudno o bakcyl "jeszcze jednego odcinka". Do The Wire na pewno jeszcze wrócę, zanim jednak wziąłem się za drugi sezon, postanowiłem sprawdzić coś nieco bardziej żwawego - 9. na tej liście The Shield. I zassało mnie (i moją żonkę) na pełne 7 sezonów.

Policyjny posterunek w walącym się budynku dawnego kościoła, Farmington, Los Angeles - dzielnica znajdująca się w całości pod kontrolą gangów. Obok standardowych mundurowych i detektywów stacjonuje tam dość niezwykły czteroosobowy zespół - Grupa Uderzeniowa, jednostka, która ma odgórne przyzwolenie na przymykanie oka na przepisy, liczy się tylko skuteczność. Dowodzi nią Vic Mackey (Michael Chiklis), niski, łysy, prymitywny i naładowany testosteronem glina - uzależniony od adrenaliny, nie znający sytuacji bez wyjścia, w którym umięśnione grupy meksykańskich dealerów budzą mniej więcej taki respekt, jak w przeciętnym policjancie jarający trawkę gimnazjaliści. Kocha swoją robotę i kocha ludzi, z którymi pracuje. Jego Strike Team jest niczym mafijna rodzina - zawsze mogąca na siebie liczyć i pomagająca sobie nawet w najbardziej ryzykownych sytuacjach. A tych nie brakuje, bo co prawda Grupa Uderzeniowa dba o względny spokój na ulicach i dokonuje spektakularnych aresztowań, wszystko to jednak przykrywka dla ich przestępczej działalności, wymuszeń na gangach, a nawet uciekania się do morderstw, jeśli tylko tego wymaga interes lub bezpieczeństwo zespołu.

Pilot The Shield robi wrażenie. Skorumpowani policjanci, brak jakiejkolwiek poprawności politycznej w dialogach i rewelacyjny zwrot akcji w końcówce - tego nie widzi się często w serialach. Potem jest jednak nieco gorzej, jakby producenci przestraszyli się ostrej wymowy filmu i mieli wątpliwości, czy publiczność zostanie przyciągnięta na dłużej przez tak negatywnych bohaterów. Stąd lekkie zmiękczenie tonu powodujące poczucie, że Vic z pilota, to nie ta sama postać, którą później oglądamy przez kolejne 7 sezonów. Dość szybko rzucają się też w oczy inne wady serialu. Szybki, rwany montaż, choć efektowny, często jest tylko zasłoną dla dziur scenariuszowych i braku logiki. Wszystko jest podporządkowane akcji i o jakimkolwiek realizmie nie może tu być mowy (co szczególnie mocno czuć po The Wire, skupionym na proceduralnych przeszkodach w życiu policjanta). Kuleje też nieco aktorstwo (ale to zarzut tylko do części obsady, głównie członków Grupy Uderzeniowej), choć pod tym względem widać progres z każdym sezonem.

Największą dla mnie wadą było jednak zbytnie odsunięcie w cień głównego wątku. Szczególnie mocno odczułem to w pierwszych dwóch sezonach, gdzie skupienie na problemach "odcinkowych" jest za duże. Nie sprzyja to zaangażowaniu widza (ale to może być moje indywidualne odczucie, nigdy nie lubiłem seriali, gdzie każdy odcinek jest o czymś innym). Począwszy od sezonu trzeciego jest już lepiej, ale tam z kolei widać jak na dłoni brak umiejętności wykorzystania budowanego przez wiele epizodów napięcia do nakręcenia emocjonującej sceny kulminacyjnej. Skoro bohaterowie planują szczegółowo skok na kasę armeńskiej mafii przez kilka miesięcy, to zwykłą stratą potencjału jest zakończenie tego w 30-sekundowej banalnej strzelaninie.

O tych zarzutach można jednak całkowicie zapomnieć począwszy od sezonu piątego. The Shield to doskonały przykład, że poziom serialu można rozwijać, zamiast rozmieniać go na drobne (vide Lost). Po niezbyt udanym eksperymencie z gwiazdą (Glenn Close), którą zatrudniono do sezonu czwartego, nie bardzo wiedząc co z nią robić, twórcy sięgnęli do najwyższej półki, ściągając do obsady Foresta Whitakera. Od tej pory The Shield nabiera prawdziwych rumieńców. Główny wątek zostaje wyciągnięty na plan pierwszy, całkowicie dominując serial. Pojedynek między Vikiem, a depczącym mu po piętach agentem Kavanaugh (Whitaker właśnie) to czysta serialowa poezja. Potem jest jeszcze lepiej, aż do naprawdę rewelacyjnego zakończenia całej serii. Tak ciężkiego, przytłaczającego wręcz klimatu nie czułem już dawno w żadnej produkcji telewizyjnej, czy nawet kinowej. Nie brak tu zaskoczeń i ciągłych zwrotów akcji, ale o sile 7. sezonu decyduje przede wszystkim znaczne udramatycznienie całej produkcji. Skupienie się na postaciach w sytuacjach już ekstremalnych, częściowe odrzucenie błyskawicznego montażu na rzecz długich, pełnych emocji scen - tu po prostu widać spójną wizję na niezapomniany epilog. A ten robi wrażenie i trudno po nim zasnąć. Aż szkoda, że od początku nie kręcono The Shield w tym tonie.

Świat gliniarzy wciąga jak mało który serial. Jest brutalnie (o tym aspekcie The Shield można by napisać osobny tekst - jest tu wszystko, od palenia żywcem, po obcinanie nóg), niepoprawnie politycznie i zaskakująco. Choć momentami drażni uproszczeniami, to każdy kolejny sezon jest lepszy od poprzedniego (z wyjątkiem słabszego czwartego) prowadząc aż do genialnej końcówki. Ostatnie trzy sezony to prawdziwa uczta dla fana seriali, która całkowicie usprawiedliwia 9. miejsce na wspomnianej liście Times'a. Polecam wszystkim.

piątek, 17 lipca 2009

ofilmie.pl




Na ofilmie.pl pojawiła się moja recenzja Zack i Miri kręcą porno. Tak rozpoczyna się moja współpraca z redaktorami tej strony, mam nadzieję, że długa i owocna :) Dla mnie taki transfer to nie tylko duża szansa na naprawdę robiącą wrażenie liczbę czytelników, ale też szansa wzięcia udziału w ciekawych dyskusjach, analizach, a nawet audycjach radiowych - na to na blogu szans niestety nie ma. Większość tekstów jest naprawdę na poziomie, będę musiał mocno się starać :)

Ale ta zmiana nie powinna wpłynąć na funkcjonowanie Prosto z Ekranu, za bardzo lubię swojego blogaska :) Będę go dalej rozwijał, próbując to jakoś razem pogodzić, co najprostsze (biorąc pod uwagę spodziewaną za 2-3 tygodnie na tym świecie córę) na pewno nie będzie. Tak więc zaglądajcie tutaj i dodajcie koniecznie do zakładek ofilmie.pl. Jak tylko się dostosuję do nowej sytuacji, postaram się by moja pisanina była na tej stronie widoczna.

środa, 8 lipca 2009

Watchmen / Strażnicy




Kolejna ekranizacja komiksu i znowu superbohaterowie. Tym razem do ekranizacji wzięto kultowy ponoć (czy są w ogóle komiksy niekultowe?) Watchmen - obszerne, przegadane i oryginalne w swoim gatunku dzieło. Sam co prawda nigdy Strażników nie czytałem, ale relacja fanatyka komiksów (thx Iron:)) wyraźnie podkreślała ich walory pozaakcyjne. A to zawsze dawało jakąś nadzieję na coś wyróżniającego się pośród Hulków, Volverinów, czy innych gwiazd DC Comics i Marvela.

Najlepszy nawet temat jest jednak niczym przy dennym reżyserze (vide ostatni Terminator). Watchmeni mieli jednak to szczęście, że wziął się za nich Zack Snyder - gość, którego można chyba obecnie bez przesady nazwać wschodzącym artystą kina popularnego. Już Świt żywych trupów ukazał go jako niesamowicie sprawnego twórcę, potrafiącego nadać powiew oryginalności w nawet tak wymęczoną wielokrotnie i banalną opowieść o stadach zombie. Potem było 300 z jego wysmakowaną formą i niesamowitą realizacją. Strażnicy pokazują, że zmysł reżyserski Snydera cały czas się rozwija. Ze zręcznością Tarantino potrafi się poruszać po kliszach i schematach charakterystycznych dla filmów klasy B dorzucając do tego repertuar komiksowy. Wykorzystuje je jednak w inny od Quentina sposób - zamiast inteligentnej zabawy konwencją, mamy próbę podniesienia ekranizacji komiksów o poziom wyżej, w miejsce gdzie filmowa popkultura styka się z filmową sztuką. Zdaje sobie sprawę, że komiksowy rodowód filmu narzuca pewną prostotę, taki awans uniemożliwiającą, dlatego pracuje nad formą i tu osiąga niezaprzeczalne mistrzostwo.

Już pierwsza scena Watchmenów hipnotyzuje - rewelacyjna kameralna walka dwóch nadludzi przy akompaniamencie "Unforgattable" Nata Kinga Cole'a, kończąca się śmiercią Komedianta, byłego członka Strażników. Chwilę na ochłonięcie gwarantuje jedna z najlepszych czołówek filmowych jaką widziałem - świetnie skomponowane dzieje grupy Watchmenów z newralgicznymi momentami historii połowy XX wieku w tle, przy "The Times They Are A-Changin" Dylana. No rewelacja.

Jest 1985 rok, rozpoczęła się inwazja rosyjska w Afganistanie, w USA wszyscy odliczają minuty do wydawałoby się nieuniknionej wojny atomowej. Strażników już nie ma, grupa się rozwiązała, a dawni herosi w większości starają się wieść zwyczajne życie. Jedyni, którzy ujawnili swoją prawdziwą tożsamość - Dr Manhattan i Adrian Veidt (Ozymandiusz)- pracują nad nowym źródłem energii, która może okazać się ratunkiem dla świata. Tajemnicze i wyraźnie nieprzypadkowe morderstwo Komedianta od razu rodzi spekulacje, czy nie jest jedynie początkiem serii i zmusza Watchmenów do ponownego zacieśnienia współpracy.

Fabuła wyszukana nie jest, czuć jej komiksowy rodowód, jednak w przeciwieństwie do większości ekranizacji historii obrazkowych nie grzebie filmu. Skonstruowana według zasad rządzących kryminałami potrafi mocno wciągnąć widza powolnym odkrywaniem kolejnych elementów układanki prowadzącej bohaterów do odkrycia, któż chciałby się ich pozbyć. Co ważne, brak tu większych dziur logicznych, wszystko trzyma się kupy, no i w paru miejscach mamy całkiem ciekawe zwroty akcji. Dla mnie jednak największym zaskoczeniem było niespieszne tempo filmu, rzecz w podobnych superprodukcjach dziś nie do wyobrażenia. Pełno tu retrospekcji, budowania postaci poprzez ukazanie ich dawnych przeżyć - coś, co zwykle mnie mierzi (nie lubię łopatologicznego ukazania faktu, że ktoś jest np. socjopatą, bo w dzieciństwie tatuś go skrzywdził - i tu scena tego krzywdzenia. Nolan świetnie sparodiował to w Mrocznym Rycerzu, gdy Joker opowiada czemu jest, jaki jest), tutaj niemal w ogóle nie przeszkadza, a kilka wspominek jest po prostu świetnych. Na nie nakłada się bardzo duża jak na ten rodzaj kina liczba dialogów, całkiem sensownych i niegłupich. Tak po prawdzie, to na tym tle niektóre sceny akcji (bardzo efektownie zresztą zrealizowane) wyglądają na dodane na siłę, tylko po to, by oczekujący rozwałki widz nie wyszedł przypadkiem znudzony z kina. Osobiście, choć na kości łamane w bullet time'ie miło popatrzeć, chętnie bym wyrzucił ze scenariusza śmieszny gang w wąskiej uliczce, czy płonący wieżowiec, bo najzwyczajniej w świecie psują one klimat.

Tak przechodzimy do narzekania, którego jednak wiele nie będzie. Większość problemów filmu bierze się w prostej linii z wad samego komiksu i słabości jego scenariusza. Przeciągnięte do absurdu niektóre sceny (pogrzeb), czy na siłę wrzucone te, które mają nieco widza ożywić, to zarzut akurat najmniejszy. Większy problem miałem z konstrukcją samej historii i jej przełomowych momentów. Bardzo ważną rolę nadaje się tu pytaniu, kto jest ojcem jednej ze strażniczek. Jak dla mnie pytanie banalne, nijak mające się do problemów dorosłych ludzi i stojącego na krawędzi katastrofy świata, tu ma nadaną rolę nadrzędną i właściwie zdecyduje o wszystkim. Strasznie to naiwne i razi poziomem Czarodziejek z Księżyca. Choć Snyder ponoć komiksowy był strasznie wierny, to nie miał oporów, by zmienić najważniejsze - końcówkę. Ta w filmie naprawdę jest spoko i nie rozczarowuje. Jak usłyszałem, w jaki sposób kończy się komiks, oniemiałem - naprawdę dzięki Ci Zack za taką decyzję. Ale skoro powiedziałeś A, to trzeba było powiedzieć i B, zmieniając resztę komiksowych banałów (motyw z ojcem, scena na Marsie).

Więcej grzechów nie pamiętam, pod każdym innym względem Strażnicy w swoim gatunku wymiatają. Zdjęcia to właściwie klasa sama dla siebie, żałuję, że nie widziałem filmu w kinie. Muzyka to potęga, choć bardziej chodzi tu o dobór znanych utworów do ilustrowania danych scen, niż pracę kompozytora na potrzeby filmu. W ogóle pod względem realizatorskim film jest doskonały. Nie tak dawno w recenzji Hulka zastanawiałem się po co robić ekranizację komiksu z postacią, która nie może nie wyglądać komicznie na ekranie. A w Watchmenach mamy niebieskiego, świecącego człowieka z dyndającym mu wiecznie niczym diodowa jarzeniówka fiutem, o mocach, których zazdrościłby mu sam Superman - i co? I wcale nie jest komiczny (no może poza pierwszą sceną), czyli jednak się da.

Nie będę ukrywał, że Strażnicy mnie ujęli - formą, realizacją i dorosłym podejściem do tematu. Zmęczone, zwyczajne twarze ludzi, którzy kiedyś byli herosamii, przytłaczająca ciężka atmosfera, te zdjęcia, brak kompromisów, by filmowi obniżyć liczbę przy PEGI (jest naprawdę bardzo brutalny) i wiara w inteligencję dorosłego widza - wszystko to składa się w najlepszą dla mnie ekranizację komiksu o superbohaterach, jaką widziałem. Rok temu dałem 9/10 Mrocznemu Rycerzowi i teraz mam kłopot, bo Strażników cenię wyżej. W Batmanie 30% (jak nie więcej) wartości opierało się na postaci Jokera, tak niesamowicie wykreowanej przez Heatha Ledgera. On przytłaczał wszelkie niedoróbki, których przecież nie brakowało. Watchmeni są dużo równiejsi, żaden element nie wychodzi tak na plan pierwszy, wszystko jest niemal perfekcyjne. Przezornie jednak wyższej oceny im nie dam, bo co będzie, jak za rok z Hollywood wykluję się coś jeszcze lepszego? :) W każdym razie, kto nie widział, niech zanotuje ten tytuł i obejrzy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Naprawdę warto.

Moja ocena:
9/10

środa, 1 lipca 2009

Seven Pounds / Siedem dusz




No i w krótkim okresie czasu Will Smith trafił mi się po raz drugi. Hancock okazał się pomyłką, Siedem dusz musiało być lepsze. To jeden z tych specyficznych filmów, który mimo stosunkowo niewielkiej reklamy stał się szeroko rozpoznawany w Polsce. Ludzie o nim mówią, wielu się zachwyca, właściwie strach jakąś dezaprobatę wyrazić, ale ja tam oszczędzać sobie nie będę :)

Nie ukrywam, że Willa Smitha lubię od momentu jak pierwszy raz przed kilkunastoma laty zobaczyłem Bajer w Bel-Air. Od tamtego czasu zawodził rzadko. Choć jego filmy nigdy wymagającymi dla widza nie były, to zapewniały w większości kawał porządnej rozrywki. 2008 rok zdecydowanie nie był jednak dla niego udany pod względem artystycznym. O Hancocku ostatnio pisałem - pomylona, nieprzemyślana i tandetnie poprowadzona komedio-parodia skręcająca w stronę emodramatu. Niestety Siedem dusz pod względem tandety również bije kilka rekordów :/

Twórcy chcieli zrobić wyciskacz łez, film mocno grający na uczuciach. Można to zrobić inteligentnie, niejako mimochodem, przedstawiając jednocześnie coś wartościowego. Można też zrobić to na chama, ładując do filmu wszelkie możliwe wzruszacze i uczuciowe manipulatory. W przypadku Siedmiu dusz wybrano niestety drugie rozwiązanie. Fabuły tego filmu nie da się opowiedzieć bez spoilerów, więc ostrzegam: [Spoiler mode on]. Grany przez Smitha bohater to bardzo smutny człowiek. Nie chce żyć, obmyślił plan swojej śmierci, ale pragnie, by przysłużyła się ona jak największej liczbie osób. Selekcjonuje więc grupę chorych potrzebujących jego organów i poddaje ją obserwacjom oraz testom, by wyeliminować te jednostki, które jego wątróbki czy oczka godne nie są. W swoim planie jest bardzo zdeterminowany i nikomu nie daje sobie wybić go z głowy. Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy na wybrankę dla swojego serca (dosłownie) wybiera pewną atrakcyjną, samotną kobietkę (Rosario Dawson) i chęć życia zaczyna dawać o sobie znać [Spoiler mode off].

Historyjka dość wydumana, ale jeszcze do przyjęcia. Niestety reszta spłaszczona jest maksymalnie. Motywacje głównego bohatera pokazane są w taki sposób, że fałszem i filmowością zalatują na kilometr. O ile motyw odkupienia jeszcze do mnie trafia, tak jego sposób jest wybujały i nielogiczny (są lepsze drogi na pomoc większej liczbie osób). Zresztą, nie wiem, ale temat jest na tyle poważny, że sposób ukazania go w formie płaczliwego dramatu/romansidła totalnie do mnie nie przemawia i kojarzy mi się z jakąś profanacją. Tutaj potrzeba było dużego wyczucia i delikatności, a tych wyraźnie autorom brakuje.

Dramat głównego bohatera, miotającego się między chęcią życia, a potrzebą ukarania się i zadośćuczynienia wiarygodnie wygląda tylko na początku i powraca w końcowych scenach. Pomiędzy tym widzimy do bólu bezinteresownego anioła, który pragnie pomóc innym. Szczęśliwcy, których wybrał poddają się inwigilacji i przyjmują jego łaskę bez zająknięcia. Strasznie to wszystko naiwne. By jednak dramat ten był jeszcze bardziej dramatyczny, zesłano wspomnianego anioła na piękną i równie dobrą, ale chorą anielicę. Miłość kwitnie, zbędne pytania nie padają, choć ptaszki ćwierkają, że wiecznie to trwać nie może.

Dużo tej ironii, może za dużo, ale nie lubię silnej emocjonalnej manipulacji za pomocą ciężkich narzędzi. Jak już ktoś chce się pobawić emocjami odbiorcy, niech robi to jak Cormac McCarthy w Drodze, czy, zostając w tematyce filmowej, Nick Cassavetes w Pamiętniku. W przeciwnym wypadku zamiast łapiącej za serce i angażującej uczucia opowieści, w miarę wyrobiony widz momentalnie wyczuje fałsz i pozostanie obojętnym, tak jak dzieje się to właśnie w przypadku Siedmiu dusz.

Nie wszystko jednak w filmie leży. Z harlequinowskiego dołka dźwigają go przede wszystkim aktorzy. Rola Smitha jest bardzo porządna, naprawdę żal, że ten aktor jest mocno niedoceniany i poza roli w Alim wiele ciekawego do grania w życiu nie dostał (chyba, że dostał i odrzucił:)). Kroku dotrzymuje mu Rosario Dawson, choć stylizowana na osobę chorą, to trudno odmówić jej wdzięku i charyzmy. Wszystkich kasuje jednak zapomniany już Woody Harrelson - kilkanaście minut na ekranie wystarczyło, by mocno zaznaczył swoją obecność.

Siedem dusz ogląda się gładko, podstawowe rzeczy mocno irytują, ale nietrudno jest dać się ponieść opowieści. Dlatego jestem w stanie zrozumieć zachwyty nad nim, szczególnie ze strony płci pięknej, wyposzczonej w ostatnim czasie filmów łapiących za serducho. Ciekawy montaż, sprawna realizacja - od strony rzemieślniczej trudno coś zarzucić. Problem tkwi gdzie indziej i jest na tyle poważny, że spycha film na granicę kiczu, momentami ją przekraczając. Odradzać seansu jednak nie będę, niech każdy wyrobi własną opinię.

Moja ocena:
5/10

sobota, 27 czerwca 2009

Hancock




Ponoć to miała być oryginalna opowieść o człowieku z super-umiejętnościami, który nie potrafi sobie poradzić z ciążącą na nim presją. Ponoć to miał być mroczny film, niepozbawiony elementów typowych dla filmowego dramatu. Ponoć to miało być odświeżające spojrzenie na nadprzyrodzone umiejętności, które mogą okazać się sporym brzemieniem. Te zamiary nawet czuć w jednej scenie czy dwóch, a cała reszta to bzdurna komedyjka dla 5-latków.

Will Smith gra herosa-degenerata - nie rozstaje się z flaszką, śpi na miejskich ławkach, a wezwany do pomocy w przypadkach, z którymi policja czy inne służby poradzić sobie nie mogą, zwykle pozostawia po sobie większe zgliszcza niż niejeden oddział talibów. W końcu natrafia jednak na speca od wizerunku (Jason Bateman), który za cel postawił sobie zrobienie z Hancocka wzorowego obrońcy miasta. Bohatera bardziej niż wizja latania po mieście w przepisowym stroju pseudoX-mana pociąga jednak żona PR-owca (Charlize Theron)...

Na podstawie takiej historii nakręcono film, którego właściwie nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Zaczyna się jak komedia, czy też wręcz parodia filmów o superbohaterach, by zakończyć się niczym łzawy dramat. Na początku jest nawet nieźle, a kilka gagów potrafi rozbroić. Problem w tym, że jeżeli widziało się trailer filmu, to zna się już każdą śmieszną sytuację. Film nie oferuje dosłownie nic więcej. Mało tego - część scen na trailerze wygląda lepiej niż w filmie (choćby scena z kobietą, którą Hancock próbuje poprawnie politycznie uratować). W pewnym momencie pojawia się jednak zdecydowany zwrot akcji i film z sympatycznej komedyjki przemienia w pozbawiony najmniejszego sensu melodramat z nadprzyrodzonymi mocami w tle. Poziom głupoty niektórych scen jest przytłaczający, podobnie jak banialuki wypływające z ust bohaterów.

Byłaby totalna masakra, gdyby nie Will Smith i Charlize Theron. Szczególnie Theron wygląda tu dobrze (wreszcie!) i interesująco. O grze aktorskiej pisać nie będę, bo wiele do grania tu nikt nie ma. Na tę dwójką aktorską patrzy się jednak z pewną przyjemnością. Cała reszta elementów filmu stoi jednak na dość przykrym poziomie i właściwie niezrozumiałym jest, co takie gwiazdy w tej produkcji robią. Osobie odpowiedzialnej za scenariusz wydałbym dożywotni zakaz pisania czegokolwiek, największe nawet klisze i schematy tego gatunku byłoby lepsze niż to, co rozgrywa się w końcówce Hancocka na ekranie.

Zdecydowanie nie spodziewałem się tu nic poza w miarę przyjemnego filmu na odmóżdżający wieczór. Ale Hancock mnie zaskoczył i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Jesteś ciekawy filmu, obejrzyj trailer, inaczej stracisz 90 minut, a i tak nic ciekawszego nie zobaczysz. Mam ochotę ocenić film na 2, ale za Theron dodaję punkcik. Omijać z daleka.

Moja ocena:
3/10

piątek, 5 czerwca 2009

Terminator Salvation / Terminator: Ocalenie




Dawno już nie byłem w kinie na premierze. Na nowego Terminatora poszedłem trochę z ciekawości, trochę z braku laku, bo obok Wojny polsko-ruskiej nic ciekawego w mulipleksach obecnie nie grają. Jak wrażenia? Kiepsko ze wskazaniem na stany średnie, ale po kolei.

Druga część Terminatora to dla mnie absolutna klasyka. Film doskonale łączący świetne sceny akcji, rewolucyjne wówczas efekty z niezłym scenariuszem i dramatem rozpisanym na 4 osoby. Film powstał w 91 roku, a dalej uchodzi za niedościgniony pod wieloma elementami wzór. Co najważniejsze - ludzie ciągle go wspominają. O najnowszej części za 18 lat nie będzie pamiętał nikt.

Miało być inaczej, seria miała zaliczyć nowy start - zerwanie z naszymi czasami, ukazanie konfliktu z maszynami od środka, Connor nie miał być już dzieckiem predestynowanym do roli zbawcy ludzkości, a zbawcą we własnej osobie. I w gruncie rzeczy tak jest. 2018 rok, nasza cywilizacja zniszczona, niedobitki formują ruch oporu w walce z pozornie niepokonanym wrogiem. Ta wizja przedstawiona w filmie spełnia oczekiwania, przywodząc nieco skojarzenia ze światem Fallouta. Jest szaro, apokaliptycznie i beznadziejnie. Szkoda, że inne elementy temu nie dorównują.

Zawodzi to, z czym obecnie w Hollywood mają największy problem - scenariusz. Ogólny zarys nawet nie jest zły - pojawia się szansa na wykorzystanie słabości maszyn, a do obozu Connora trafia tajemniczy osobnik, o którym od pierwszych scen filmu wiadomo, że zwykłym człowiekiem być nie może. Problem tkwi w szczegółach. Zamiast napisać zgrabną historyjkę, podczas której napięcie będzie rosło aż do efektownego finału, harmonijnie łączącą sceny akcji z linią fabularną, popełniono ten sam grzech co w najnowszym Bondzie - scenariusz to jedynie z góry olany i niedopracowany pretekst do kolejnych scen rozwałki. To sprawia, że właściwie nie istnieje w nowym Terminatorze coś takiego jak napięcie. Oszem jakieś pojedyncze potyczki potrafią spowodować lekkie zaniepokojenie, ale zaraz po ich zakończeniu powraca się do totalnie beznamiętnego seansu, podczas którego człowiek większą uwagę zwraca na techniczne dopracowanie robotów i niż los bohaterów. Dodatkowo liczbą dziur logicznych i różnych nieprawdopodobieństw można by było obdzielić kilka innych blockbusterów. Naprawdę momentami film wymaga od widza bardzo dużo samozaparcia, by przymknąć oko na kolejne idiotyzmy. Zdecydowanie nie sprzyja to budowaniu atmosfery.

Reżyserię powierzono z totalnie niezrozumiałych dla mnie względów McG-owi, autorowi dwóch potworków o Aniołkach Charliego i... właściwie to on nic innego nie nakręcił. Niestety w filmie wyraźne jest to aż nadto. Doświadczenie z teledysków bierze górę nad filmowym (choć w sumie Aniołki to też były rozrośnięte teledyski) - akcja pędzi na łeb, na szyję, po niemal każdej scenie akcji natychmiast następuje kolejna. Nie ma przestojów, które choć trochę mogłyby nam przedstawić bohaterów, trochę udramatycznić całość - gdzie tam, tu dramatyzm ma dawać niema dziewczynka, postać niemal żywcem zerżnięta z bodaj drugiego Mad Maxa (tyle, że tam był chłopiec) i masakrycznie przegięta końcówka, z poziomem patosu i poświęcenia, który by nie przeszedł pewnie nawet w Klanie, czy M jak Miłość.

Zresztą cały finał to dla mnie porażka. O ile do czasu finałowej akcji film mi się jako tako podobał i byłem pewny, że 7/10 to ocena sprawiedliwa, tak oglądając to czym McG uraczył nas na koniec, po głowie mi chodziło tylko: What the fuck???? Tam już nic nie ma sensu, od zachowań bohaterów, po ilość przeciwników. Nie wiem jakim cudem ludzie nie wygrali tej wojny kilka lat wcześniej.

Jednego jestem pewien - nowy Terminator wykreuje nową gwiazdę, Sama Worthingtona. Gość naprawdę gra fajnie i ma cechę nieczęsto dziś spotykaną - jest przystojny, a przy tym wyrazisty i charakterny. Z Christianem Balem (gra na swoim standardowym, dobrym poziomie) stworzyli naprawdę udany duet, niestety ledwie troszkę wykorzystany. McG miał moim zdaniem w łapach prawdziwą bombę na elektryzującą parę aktorską, czuć to doskonale w scenie ich pierwszego spotkania. To na nich, a nie na głupkowatej akcji i efektach powinien się opierać fundament filmu. Tymczasem są jedynie wisienką na tortowym zakalcu.

Co jeszcze wypadło fajnie? Zdjęcia. Kilka ujęć jest naprawdę fajnych i pozbawionych cięć. Operator wykonał dobrą robotę. Podobała też mi się jedna, ale za to długa i efektowna scena akcji rozpoczynająca się na stacji benzynowej. To chyba jedyny moment w całym filmie, gdzie nieco przejąłem się losem bohaterów. Atrakcją mogłyby być też odwołania do wcześniejszych części, gdyby nie fakt, że McG wsadził ich całą masę, zazwyczaj na siłę i bez sensu ("I'll be back", skok motoru z mostu, Arnie).

Ech, pewnie gdyby to nie był Terminator, to filmowi by się tak nie dostało. Oglądać się to da, dwie centralne postaci są super, efekty dają radę, zdjęcia są ok... ale to jest Terminator do cholery, albo powinni nakręcić coś wyjątkowego, albo odpieprzyć się od serii i pozwolić jej przejść do historii. Ale nie, oni musieli..., nawet reżysera nie chciało im się znaleźć sensownego. Wymęczyli Indianę Jonesa, wymęczyli Terminatora, a teraz czeka nas kolejne wskrzeszenie - reboot Aliena. Amerykańce potrafią zarżnąć każdą legendę.

Moja ocena:
6/10